— Dzień dobry, gospodarzu! — woła. — Nie pojedziecie popatrzeć na łąki?

Juraj się trochę krzywi. Cóż to ja jestem, dworski rządca, żebym miał jeździć wozem na oglądanie pola? Ale cóż? Nie ma się nic do roboty, nie można pójść z kosą, aby kosić żyto. Czemuż nie popatrzeć na gazdostwo Polany?

Szerokie portki płócienne ma Szczepan i niebieską zapaskę. Zaraz widać: człowiek z równiny, a czarny jak ten Cygan.

— C-c — mlaska na konie i wnet wóz pędzi z łoskotem i turkotaniem, a Juraj musi się trzymać drabiny. Ale Szczepan stoi, kapelusz zsunął na tył głowy, lejce trzyma wysoko i biczem igra sobie nad karkami koni.

No, no, wolnego, nie ma się czego tak śpieszyć!

— Ech, ty — mówi Juraj niezadowolony — czemu tak mocno ściągasz konie przy pysku? Widzisz, jak mielą wargami, to przecie boli!

Szczepan odwraca się i szczerzy zęby.

— Tak trzeba, gospodarzu — odpowiada. — Żeby zadzierały łby do góry.

— Po co? — pyta Hordubal. — Niech trzymają łby, jak im wygodniej.

— To się dobrze opłaca, gospodarzu — objaśnia Szczepan. — Każdy kupiec patrzy, czy koń zadziera łeb do góry. Patrzcie, gospodarzu, patrzcie, teraz biegną dobrze: na zadnich nogach, a przednimi tylko przebierają bardzo lekko. C-c!