Kawał chleba i słoniny i dalejże w góry! Hordubalowi jest tak jakoś lekko, a zarazem tęsknie, jak dziecku, które uciekło od matki. Stoi nad wsią i patrzy. Ile się tu zmieniło! Cóż się stało takiego? Że ten grunt należał do Hordubala? Prawda, było tu dużo kamieni, a jednak Pjosa zebrał tu sporo żyta, kartofle też ma i poletko lnu. Tak się oto grunty Pjosy połączyły z gruntem Hordubala. Ale nieco wyżej, koło tej jarzębiny, jest widok na całą wieś. Tutaj nie można się dość nadziwić bożej mądrości. Kryva nazywa się wieś i jest naprawdę krzywa, wygięta w łuk jak leżąca krowa. Strzecha za strzechą wszystkie podobne do siebie jak stado owiec. Ale tamten biały dworek to dom Polany. Wyróżnia się i po prostu nie pasuje do tych innych chałup, myśli Juraj. Strzecha czerwona, nowa, że aż się chce pytać, kto też się tu sprowadził? Pewnie jacyś z równiny, gdzie nie ma drzewa, więc budować się muszą inaczej, domy mają z cegieł.

Równina! Widać stąd i równinę. Modra, prosta — jak morze i taka wielka pustka. Dlatego tak szybko tam jeżdżą. Droga jest tam smutna, idziesz, a jest ci tak, jakbyś dreptał w jednym miejscu. Nie chodzi się na równinę szukać pięknych widoków, ale tutaj jest jakby święto, człowiek może iść tylko naprzód i wciąż ma dość powodów, żeby iść coraz dalej. Dostać się tutaj za ten skręt drogi, tam do tego świerka, przez górne pastwisko, a gdy się już dotarło do niego, jakże nie iść do lasu! Na południu las jest bukowy, same szare i jasne pnie, jakby się między nimi rozpostarła mgła, a tu i ówdzie, gdzie tylko spojrzeć, jasnymi płomykami kwitnie gdula. Tu zaś, patrzajcież, jaki płowy grzyb, jak rozpycha suche liście! Jaka krzepka, biała nóżka! Zostawię cię tu, ty grzybie, borowiku, nie narwę ani dzwonków, ani kukułeczek, ale najwyżej parę gałązek jagód dla Hafii, w dole, na skraju lasu, gdzie są najsłodsze. Hordubal przystaje i powstrzymuje oddech: sarna! Tam opodal zatrzymała się sarenka, płowa i jasna jak to listowie zeszłoroczne, przystanęła wśród paproci i uważa: Człowiek ty jesteś czy pieniek? Jestem pień, ścięte drzewo, czarna gałąź, tylko nie uciekaj! Czy i ty się mnie boisz, zwierzątko dzikie? Nie, nie boi się, zrywa listek, patrzy i miele pyszczkiem, jak koza. Me-mee, powiada, tupnie kopytkami i pędzi dalej. I Juraj jest nagle jakoś dziwnie szczęśliwy; lekko idzie się pod górę i o niczym się nie myśli. Idzie, idzie i jest mu dobrze. Sarnę widziałem — powie Hafii wieczorem. Ojej! A gdzie? W lesie, ale wysoko w górach, bo na równinie, Hafio, nie ma saren.

A zaś tutaj jest już tak jakoś, nie wiadomo jak. Jakiś zrąb, czy ściana rozwalona, porozrzucane belki i słupy, ale takie, że i dzwonnicę można by z nich zbudować, pozarastane lulkiem i wronim okiem, dzikimi liliami i ciemiernikiem, paprociami i bodziszkiem... Dziwne zaiste miejsce i jakby zaczarowane; tutaj las obraca się ku północy. Czarny tu bór, zarosły mchami, czarna ziemia i wilgotna miejscami, a mówią ludzie, że tu nawet straszy. Rosną tu bedłki76 białawe i przezroczyste jakieś jak galareta, pleni się zajęcza koniczyna i jest ciemno, zawsze tak ciemno. Ani tu wiewiórki, ani muszki nie słychać, taki tu jest czarny bór, że i dzieciaki boją się tędy chodzić, i chłop dorosły przeżegna się w takim miejscu. Lecz oto już skraj lasu, czarne jagody po kolana, istne zatrzęsienie mchów przeróżnych, jeżyny łapią cię za nogi, ej, człowiecze, niełatwo wypuści cię las na połoninę, musisz przebrnąć przez gąszcz jak odyniec. I hajda! Jakby cię sam las wystrzelił, jakby cię wypluł z siebie, stoisz na połoninie, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Szeroka jest połonina. Tu i ówdzie stoją świerki wielkie i potężne jak kościół, aż się człowiekowi chce zdjąć kapelusz i głośno kogoś pozdrowić. A trawa jest gładka, śliska i króciutka, chodzi się po niej miękko jak po kobiercu. Długa i łysa połonina między lasami rozlała się szeroko, niebo sklepiła nad sobą, a lasy odgarnęła na bok. Jak gdyby chłop obnażył pierś i leżał, leżał, gapiąc się w niebo... Ach, ach, jak dobrze się tutaj oddycha! I Juraj Hordubal staje się nagle malutki jak mrówka i pędzi szeroką połoniną, dokądże, dokąd, mróweczko? A tam, na sam wierzch góry, gdzie się pasą te czerwone mróweczki. Tam ja sobie pójdę. Szeroka jest połonina!

Szeroka jest, miły Boże. Dla stada wołów? Te czerwone punkciki w dali? Dobrze Pan Bóg stworzył świat; spogląda z nieba na ziemię i mówi sobie: Ten czarny punkcik to niejaki Hordubal, a znowu ten jasny, tam dalej, to Polana. Muszę uważać, czy się te dwa punkciki ze sobą spotkają. Czy może należałoby popchnąć je ku sobie palcem? A tu po zboczu pędzi coś czarnego i prosto ku mnie. Co zacz takie stworzenie? Pędzi, wali się z góry na pazury... Ach, to czarne psisko i szczeka, szczeka, jakby sobie chciało pysk rozedrzeć. Idźże, ty głupi, czyż ja wyglądam na zbójnika? No pójdź tu, jesteś dobry piesek. Idę w gości do pastucha na górze. Już słychać dzwonienie stada.

— Hej-hej! — woła pastuch, a woły wielkimi, spokojnymi oczami spoglądają na Juraja, machają ogonami i pasą się dalej.

Pastuch stoi bez ruchu jak krzak jałowca i patrzy na nadchodzącego.

— Hej! — woła Juraj. — Czy to ty, Misiu? No, chwała Bogu!

Misio nic, tylko patrzy.

— Nie znasz mnie? Jestem Hordubal.