— Już dobrze — powiada.
— Chodź — mówi Hordubal — chodź, Szczepanie, napompuję ci wody na głowę.
Szczepan prycha z rozkoszą pod strumieniem wody i wesoło, rozrzutnie, rozpryskuje wodę na wszystkie strony.
— Dobre było, co? — mówi z ożywieniem. — Rozpalił się ogierek, gospodarzu, i dlatego zdziczał raptem. — Manya wyszczerza zęby, mokry i ze zwichrzonym czubem. — Hej, jaki to ogier będzie!
Juraj chciałby rzec Szczepanowi, że zuch z niego, że dobrze konika wziął za łeb, ale między chłopami takich rzeczy się nie mówi.
— Będzie burza — mruczy i wlecze się za stodołę. Na południu niebo jest czarne, złe są burze nadciągające z nizin. Ogierek się rozpalił i dziwna rzecz, że niemoc człekowi nogi odejmie, tak iż nawet dziecku na pomoc skoczyć nie może. Pewnie już jestem stary, Polano, czy co... Dziwna rzecz: nogi zdrętwieją jak zaczarowane.
Boże wielki, jakie czarne chmury! Już grzmi. Cyganka robi swoje czary i patrzcież, ogierek się rozpala, a ja nie potrafię skoczyć i złapać konia za grzywę, nic, tylko drętwieję i gapię się. Ja nie skoczę, ale Szczepan skoczy. Czemuż by nie skoczył, skoro jest młody? Ach, Polano, Polano, czemu tak patrzyłaś, czemu tak wypiękniałaś?
A burza tuż! Burza jak koń oszalały: kopytami krzesze iskry i rży. Już ty nie skoczysz, by złapać konia za grzywę! Nogi nie pytają i same się wahają. Nie skoczysz z jasnym okrzykiem, ale Szczepan owszem. Tfy! Wstrętne są czary cygańskie, że aż ogierek się rozpala i takie różne rzeczy się stają. A tobie się zdaje, że to Polana. To czemu ty sam nie skoczyłeś ku koniowi? Patrzyłaby Polana z rękoma na sercu i z oczyma — jak nigdy.
Juraj mruga i nawet nie czuje na karku ciepłych kropel deszczu. Niebo się rozrywa, słychać grzmoty i łoskot. Hordubal żegna się mechanicznie i nie może ustać na miejscu. Jeszcze nie pójdzie, naprzód trzeba wylać między pokrzywy czary Cyganki. A potem szybko pod strzechę obórki i patrzeć, jak szaleje burza.