Juraj biegnie do domu, niesie czary i biegnie, będzie burza. W ślad za krową zwożącą plony z pola, za dreptaniem biegnącego dziecka podnosi się kurz. Spocony Hordubal otwiera furtkę ogrodu i musi przystanąć, oprzeć się o płot. To dla ciebie, Polano. I nagle ze stajni wybiega trzylatek, staje, rży i szybko pędzi ku wrotom.
— O, o, o! — krzyczy Juraj i podnosi przeciwko niemu ramiona. Z domu wybiega Polana.
Koń staje na zadnich nogach, obraca się, pędzi przez podwórko z piersią wypiętą i schylonym zadem, kopiąc kopytami ziemię.
I Bóg wie, skąd się raptem wzięła Hafia; biegnie przez podwórko ku matce, piszczy ze zgrozy i pada. Krzyknęła Polana, ryknął Hordubal. Och, nogi zdrętwiałe! Czyż nie zdołam skoczyć? A tu znowu biegnie Manya, białe rękawy powiewają na wietrze, koń stanął dęba, a w jego grzywie wisi chłop. Koń szarpie nim, ech, nie strząśniesz go, koniu, wpił się w twą szyję jak dziki kot. Koń odskakuje, podrzuca łbem i zadem na przemian. Bęc! Manya leci ku ziemi, ale trzyma się grzywy, klęczy i ciągnie konia nazad. I teraz dopiero rozwiązały się nogi Hordubala, więc biegnie po Hafię. Koń wlecze Manyę przez podwórko, ale Szczepan opiera się piętami i ciągnie go za grzywę. Hordubal przyciska dziecko do piersi i chciałby je zanieść w bezpieczne miejsce, ale zapomina o wszystkim dla widoku, jaki ma przed sobą: człowiek i zwierzę. Polana z rękoma na sercu patrzy. Nagle Manya zaśmiał się przejmującym śmiechem, zarżał jak koń i w chyżych podskokach odprowadza chrapiącego ogiera do stajni.
— Na, weź dziecko — mówi Hordubal, ale Polana nie słyszy. — Polano! Słyszysz? Polano!
Po raz pierwszy Juraj kładzie jej rękę na ramieniu.
— Polano! Hafia!
Podniosła oczy. Ach, czyś ty miała kiedy takie oczy, czy oddychałaś kiedykolwiek w taki sposób, z ustami otwartymi? Jak wypiękniałaś nagle! Ale wnet to zgasło.
— Nic jej się nie stało — mruczy i odnosi szlochające dziecko do domu.
Ze stajni wychodzi Manya, rękawem ociera krew z nosa, spluwa krwią.