— Dolara, amerykańskiego dolara — wyrwało się Hordubalowi. — Dwa dolary...

— Ech, ty, drański chłopie! — krzyczy Cyganka. — Za dwa dolary, powiedzmy, nawet psa nie sparzysz, za dwa dolary, powiedzmy, nawet krowy nie zaczarujesz...

— Dziesięć dolarów — szepcze wzburzony Hordubal — dziesięć, Cyganko!

Cyganka uspokoiła się od razu

— Dawaj! — powiada i wyciąga brudną łapę.

Jurajowi trzęsą się palce od gorączkowego grzebania w pieniądzach.

— Ale zrób dobre czary, Cyganko, nie na jedną noc, nie na miesiąc i na rok. Żeby serce zmiękło, żeby się język rozwiązał, żeby mnie mile widziała...

— Hej — przyświadcza mrukiem Cyganka. — Ilko, roznieć ogień!

Grzebie w worku, ręce ma pomarszczone i suche jak ptasie szpony. Ach, cóż za wstyd! Niebo się chmurzy, będzie burza. Śpiesz się, Cyganko, a żywo... Widzisz, widzisz, Polano, coś ze mnie zrobiła!

Cyganka mruczy i wrzuca do kociołka po szczypcie czegoś wyjmowanego z worka. Czuć to obrzydliwie, a Cyganka ciągle coś mruczy, potrząsa głową i czaruje szponami. Okropne to jest dla Juraja, chciałby się zapaść w ziemię. To dla ciebie, Polano! Tylko ty, tylko ty! Och, jakiż grzech!