— Masz tu, Hafio, swego tatę — słyszy Hordubal i Polana popycha ku niemu jedenastoletnią dziewczynkę o płochliwych, bladoniebieskich oczach.
— Więc to ty jesteś Hafia — mruczy Hordubal w zakłopotaniu (na miły Bóg, dla tak dużej dziewczynki teddy-bear!) i chce dotknąć jej włosów, choć tylko jednym palcem. Ale dziewczynka cofa się, przytulona do matki i nie spuszcza oczu z tego obcego człowieka.
— No, przywitajże się, Hafio — mówi Polana twardo i kuksa47 dziewczynkę w plecy.
Ech, Polano, daj jej spokój, cóż w tym dziwnego, że dziecko jest przestraszone?
— Dzień dobry — szepcze Hafia i odwraca się.
Jurajowi robi się nagle jakoś dziwnie, oczy mu się zalewają, twarz dziecka trzęsie się przed nim i rozpływa. No, no, cóż to znowu? Nic, nic, tylko że przez tyle lat nie słyszałem tego słowa: Dzień dobry!
— Pójdź i popatrz, Hafio — mówi szybko — czegom ja ci naprzywoził.
— Idźże, głupia! — popycha ją Polana.
Hordubal klęczy nad walizką — Matko Boska, jak się to wszystko przez drogę pomiętosiło — i szuka elektrycznej lampki. Dopieroż będzie Hafia patrzeć!
— Widzisz, Hafio, tutaj oto naciśniesz ten guziczek i zaraz świeci.