Na podwórku na dyszlu wozu siedzi Manya, na kolanach kołysze Hafię i opowiada jej o czymś.
Juraj stawia cebrzyk na ziemi i z rękoma w kieszeniach idzie prosto do Szczepana.
Manya jedną ręką odsunął Hafię, a drugą sięga do kieszeni. Siedzi, oczy ma zwężone jak ziarnka kminu, a z garści wystaje mu coś prosto naprzeciwko brzucha Juraja.
Hordubal uśmiecha się drwiąco. Wiem ja, bratku, z Ameryki, jak się strzela z rewolweru. Patrzaj! Wyjmuje z kieszeni zamknięty nóż i rzuca go na ziemię. Manya wtyka ręce do kieszeni i nie spuszcza oczu z gospodarza.
Ręką wsparł się Hordubal o drabinę wozu i z góry patrzy na Manyę. Co ja tu teraz, dobry Boże, co ja mam z nim począć?
Nawet Hafia nie wie, jak to się skończy, i wytrzeszcza oczy to na ojca, to na Szczepana.
— No, Hafio — mruczy Hordubal — rada jesteś, że przyszedł do ciebie Szczepan?
Dziewczynka nie odpowiada, tylko oczy zwraca ku Manyi.
Hordubal w zakłopotaniu głaszcze się po karku.
— Czemu siedzisz? — mówi powoli. — Daj koniom wody.