— Żyje. Dopieroż się zadziwi, gdy się dowie, kogo mu przywożę — mówi Manya i jest dumny jak mały chłopczyk. — A tu oto już są Rybary.

Szczepan zsuwa kapelusz na tył głowy, strzela z bicza i wiezie Hordubala przez wieś jak jakiego barona, a po chwili wjeżdża z nim do zagrody Manyów.

Z chałupy wychodzi niski i przysadzisty parobek.

— Słuchaj, Djula — woła Szczepan — zaprowadź konie w cień i daj im obroku i wody. Tędy, gospodarzu.

Hordubal dyskretnie rozgląda się po zagrodzie: stodoła rozwalona, po podwórku włóczy się maciora, a tam znowu puszą się indyki. W futrynie drzwi tkwi ostrze jakiegoś wielkiego szydła.

— To igła, gospodarzu, igła do plecenia koszów — objaśnia Szczepan. — Na wiosnę będziemy budowali nową stodołę.

Na progu stoi stary Manya z długimi wąsiskami pod nosem.

— Prowadzę wam, ojcze, gospodarza z Kryvej — melduje Szczepan i puszy się po trosze. — Chce z wami pogadać.

Stary Manya prowadzi gościa do izby i nieufnie czeka, co to będzie. Hordubal sadowi się z dostojeństwem i tylko na brzeżku stołka, żeby od razu było widać, że jeszcze nic nie przesądzone, i każe Szczepanowi:

— No, powiedz, Szczepanie, co i jak.