Hafia rzuca się ku zaprożu, jakby się wyrywała z więzów.
— Czekaj — zatrzymuje ją Polana — zapytaj się go, czy chce co zjeść albo wypić.
— Nie trzeba, duszko, nie trzeba — mówi wesoło Hordubal i idzie ku zaprożu. — Dobra jesteś, że o tym pomyślałaś, bardzo ci dziękuję, ale nic pilnego. Może robisz akurat co innego...
— Robotę ma się zawsze — odpowiada Polana, jakby mówiła do siebie.
— Więc widzisz, Polano, więc widzisz, nie będę ci przeszkadzał, a tymczasem ja, może ja tymczasem...
Polana zwraca się ku niemu, jakby mu chciała coś powiedzieć, jakby chciała powiedzieć zbyt wiele naraz, aż jej usta drgają. Ale połyka słowa niewymówione i idzie sobie, bo robotę ma się zawsze.
Hordubal stoi w drzwiach i spogląda za Polaną. A może pójść za nią do obórki? Jeszcze nie, tymczasem jeszcze nie. W obórce jest ciemno, nie pasuje jakoś. Osiem lat, bratku, to osiem lat. Polana to kobieta rozsądna, nie rzuci ci się na szyję jak jaka młódka. Trzeba się przepytać o to i o owo, o pole, o bydło, ale niechże sobie idzie z Bogiem, kiedy ma robotę. Polana zawsze była taka. Pracowita, żwawa, mądra.
W zamyśleniu rozgląda się Hordubal po podwórku. Czyste podwórko, zarośnięte trawą i kwitnącym rumiankiem, nigdzie ani śladu gnojówki. No dobrze, rozejrzałby się po gospodarstwie, ale jeszcze nie, jeszcze nie. Polana powie przecie sama: Pójdź, spójrz, Juraju, jakom gazdowała. Wszystko murowane i żelazne, wszystko nowe, tyle a tyle kosztowało. A ja powiem: Dobrze, Polano. I ja przynoszę z sobą coś niecoś do gospodarstwa.
Polana dobrze robi. A smukła jest, smukła jak młódka. Panie Boże, jakie równiutkie ma plecy! Zawsze tak prosto trzymała głowę, jeszcze jako dziewczyna... Hordubal westchnął i podrapał się po potylicy. No więc, Polano, niech będzie tak, jak ty chcesz. Przez osiem lat byłaś sobie sama panią, tego nie można odmienić na poczekaniu. Sama powiesz, że dobrze jest mieć chłopa w domu.
W zamyśleniu rozgląda się Hordubal po podwórku. Wszystko jest inne i nowe, dobrze się Polana rządziła. Ale ten nawóz, ten nawóz mi się jakoś nie podoba. To nie jest gnój z obory, to gnój stajenny. Na ścianie wiszą dwa chomąta55, na podwórku końskie łajno. Ani słowem się Polana nie zdradziła, że trzyma konie. Ale konie to przecież sprawa nie dla kobiety. Do stajni trzeba chłopa. Tak! Hordubal marszczy zatroskane czoło. Teraz słyszał uderzenie końskiego kopyta o drewniane przepierzenie. Koń grzebie kopytem, pewno chce mu się pić. Zaniósłbym mu wody w żaglowym wiaderku, ale poczekam, aż mi Polana powie: Pójdź, Juraju, rozejrzeć się po naszym gospodarstwie. W Johnstown mieli także konie, tam, w tych szybach. Chodziłem do nich, żeby je pogłaskać po pysku, Polano, krów tam nie było. Złapać taką krowę za róg i potrząsnąć jej głową, na-na-na, stara, cicho, cicho! Ale koń — no, chwała Bogu, będziesz tu teraz miała chłopa.