Hordubal mruga, patrząc na gwiazdy. Mocny Boże, ile ich jest! Ile ich tu przybyło przez te lata! Dawniej nie bywało ich tyle, żeby się człowiek miał aż przerażać na ich widok. Ale już wszystko jedno. Jak gdyby wszystko z człeka opadało, jedno po drugim. Była Ameryka, był powrót do domu. Był Gerycz, Fedelesz, Manya — ilu ich było! A teraz nie ma już nic. Wszystko jedno. No, chwała Bogu, ulżyło człowiekowi.

— Tuu-tuu-tuuu... — trąbi stróż nocny gdzieś daleko. A gwiazd tyle, że człowiek od nich oczu oderwać nie może.

Dobranoc, dobranoc, Polano, dobranoc!

XXIII

Wczesnym rankiem, gdy ludzie jeszcze spali, Hordubal był już daleko za wsią i zmierzał ku górom. Do Misia. Po co? E, tak tylko, żeby pogadać z człowiekiem. Jest jeszcze mgła, gór nie widać. Jurajowi jest chłodno, ale w piersi już go nie kłuje. Tylko oddycha się jakoś ciężko. Pewno przez tę mgłę. Stąpa pod górę i przechodzi koło dawnego swego gruntu. Musiał przystanąć, żeby odzipnąć94. Pole jest już zaorane. Niby sam kamień, ale i Pjosa uważa, że warto się potrudzić na polu. Hordubal ciężko oddycha i idzie dalej. Mgły dźwignęły się i przewaliły przez zalesione szczyty. Jeszcze tylko troszkę i będzie jesień. Hordubal idzie dalej i rękę przyciska do boku. Ano, kłuje go, ale teraz już wszystko jedno, czy się idzie pod górę, czy na dół. I nie ma tu mgły, lecz są chmury. Tutaj czuje się nosem, jakie są nalane wodą. Trzeba uważać, żeby o nie głową nie wyrżnąć. A teraz przewaliło się wszystko przez wierzchołek i już tkwisz w tych chmurach. O trzy kroki od siebie nic nie widzisz i drepcząc, przepychasz się przez gęstą mgłę. Sam nie wiesz, gdzie jesteś. Hordubal dyszy i charczy ciężko jakoś i powoli wspina się ku obłokom.

Zaczął padać chłodny deszcz. Na górze, na połoninie, Misio okręcił głowę workiem i potrzaskując biczem, skrzykuje bydło i spędza je do szałasu. Trudno poznać, co masz przed oczami: zwierzę, krzak czy skałę. Ale Czuwaj jest mądry pies, sam obiega stado i pędzi woły, gdzie trzeba. We mgle słychać tylko podzwanianie stada.

Misio siedzi na progu koliby95 i patrzy we mgłę. Para rozprasza się na chwilę i widać, jak tulą się do siebie woły. Potem wszystko znika za ścianą mgły i słychać tylko szelest deszczu. Która też może być godzina? Już chyba południe. Wyskakuje Czuwaj, wietrzy mgłę i cicho warczy.

Zza mgły wynurza się postać ludzka.

— Jesteś tu, Misiu? — woła zachrypły głos.

— Jestem.