— Chwałaż Bogu!
Nadchodzi Hordubal, przemoczony do ostatniej nitki, i szczęka zębami. Z kapelusza leje się mu woda jak z okapu.
— Czegóż tu szukasz w deszczu? — sroży się96 Misio.
— Z rana nie padało... — dyszy Juraj. — Noc była taka jasna... Dobrze, że pada, ziemia jest spragniona.
Misio mruga zamyślony.
— Czekaj, rozpalę ogień.
Hordubal siedzi okutany97 sianem i przygląda się ogieńkowi. Drzewo trzaska i płonie, Juraja oblewa fala ciepła, a Misio okrył mu plecy workiem. Uf, zaczyna być gorąco człowiekowi, gorąco jak tam, głęboko w majnie. Juraj szczęka zębami i głaszcze mokrego Czuwaja, który siadł z boku i śmierdzi. E, tam! Sam cuchnę jak zmokły pies!
— Misiu — pyta Juraj, szczękając zębami — co to jest ten zrąb w lesie?
Misio gotuje w kociołku wodę i rzuca w nią jakieś zioła.
— Ja wiem, że jesteś słaby — mruczy. — Ale czemu latasz po deszczu, głupi!