— Był w majnie taki jeden chodnik — zagaduje skwapliwie Juraj. — i ciągle tam kapała woda. Ciągle: kap, kap, kap, jak w zegarze. A czy wiesz, że Herpaczce urodziło się dziecko? Polana zachodziła, żeby na nie popatrzeć... A nigdzie nie ma roboty dla człowieka, Misiu. Podobno już wcale nie potrzeba robotników.

— A jednak rodzą się nowi ludzie! — warczy Misio.

— Muszą się rodzić! — cedzi Juraj przez zęby. — Dlatego, że są na świecie kobiety. Tyś nie żonaty, to i nic nie wiesz. Co ty możesz wiedzieć, skoro nie masz żony! Tak, bratku, o wszystkim trzeba pomyśleć. Trzeba, żeby w testamencie było, że za jej wierność i miłość małżeńską. Bo inaczej Bóg wie, czego by ludzie nie nagadali na nią. A szkoda, że mnie okradli na trzy tysiące dolarów. Mogłaby żyć jak szlachcianka. No powiedz, Misiu, no powiedz!

— Prawda — przyświadcza półgębkiem Misio i dmucha w ogień.

— No widzisz. Niejeden powie: głupiec! Zazdroszczą mi, że mam taką żonę, co nosi głowę wysoko jak koń najdroższy. Tacy już są ludzie: koniecznie chcą krzywdzić człowieka. A tymczasem ona była tylko u sąsiadki, żeby popatrzeć na dziecko. Takie paskudne gadanie, Misiu. Powiedz im, że sam widziałem, jak wychodziła od sąsiadki.

Misio kiwa głową z wielką powagą.

— Powiem wszystko, powiem.

Juraj odetchnął z ulgą.

— Dlategom przyszedł do ciebie, rozumiesz? Ty nie masz żony, nie masz na kim się mścić. Tamci — nawet by nie wierzyli, ale ty zaświadczysz, Misiu. Każdy chyba zrozumie, że musiała wziąć parobka, gdy gospodarz wyjechał. Ale zamykała się na strychu, zasuwę tam miała jak wszyscy diabli. Sam widziałem. A taki Gerycz zacznie mi dogadywać! Że niby osiem lat i to, i owo. Powiedzże sam, kto ją znał lepiej: Gerycz, czy ja? Tylko ramieniem poruszyła i pierś chowała się pod koszulą. A ten wtedy nad potokiem to był chłopak z Legoty, sam widziałem, że przyszedł z Legoty. A ludzie zaraz zaczynają plotkować.

Misio kiwa głową.