— Masz, wypij! To zdrowe.
Juraj pije gorący odwar i spogląda na płonący ogień.
— Ładnie tu u ciebie, Misiu. I powiedz im, bo tobie wierzą, jako że jesteś jasnowidzący, że to była zacna i wierna żona... — Dym szczypie w oczy, Juraj łzawi. Nos mu się jakoś zaostrzył. — Tylko ja jeden wiem, jaka ona jest. Ech, Misiu, zaraz bym pojechał znów do Ameryki i posyłałbym jej pieniądze...
— Wypij wszystko od razu — przymusza go Misio. — Rozgrzejesz się.
Hordubalowi spływa z czoła obfity pot, jest mu słabo i błogo.
— O tej Ameryce mógłbym ci tyle naopowiadać, Misiu! — wywodzi. — Dużo już pozapominałem, ale czekaj, przypomnę sobie...
Misio w milczeniu przykłada drewek na ogień. Hordubal oddycha szybko i mruczy coś, zasypiając. Deszcz przestaje padać, tylko ze świerków za kolibą opadają ciężkie krople, ale mgły przewalają się dalej. Czasem zaryczy wół i Czuwaj biegnie, żeby zobaczyć, czy stado jest w porządku.
Misio czuje coś na plecach; to wzrok Hordubala. Już dawno nie śpi i spogląda na niego zapadniętymi oczami.
— A jak myślisz, Misiu, czy człowiek może sobie sam życie odebrać? — pyta zachrypłym głosem Juraj.
— Co?