Nie wiedząc, co to chleb, co dach,
Zmizerowany, że aż strach!
Ale jak zwykle na tym świecie bywa,
Że bieda sama łeb sobie urywa,
Tak i bohater smętny nasz
Przyjazną losu ujrzał twarz.
Na dzień coś czwarty, w przedwieczornej porze,
W blisko nad drogą czerniącym się borze
Krzyki posłyszał, jakby kto
Na pomoc właśnie wołał go.