Pobiegł na galerię. Poszła za nim i ujrzała, że rozluźnia żelazny łańcuch. Potem wróciła do wnętrza i przeraziła się niemal nagłą, nieoczekiwaną ciszą. Tylko z góry dochodziły jeszcze nieregularne zgrzyty — wały obracały się powoli, ale i one niebawem stanęły nieruchomo. Wszystko ucichło. Po poprzednim, ogłuszającym hałasie ta śmiertelna cisza oddziaływała wprost przygnębiająco. Liza nie była na to przygotowana. Chociaż już prawie rok służyła w młynie, to jednak nie znała wcale jego wewnętrznych urządzeń. W ogóle nie dręczyła się nigdy niepotrzebną ciekawością, a zwracała uwagę tylko na to, co bezpośrednio mogło służyć jej własnym interesom, ale tym właśnie zajmowała się z jeszcze większą, niepodzielną energią.
— Czemu to uczyniłeś? — zapytała Jörgena, gdy wszedł do wnętrza.
— Nie chce mi się pracować.
— Właśnie powinieneś pracować... Przyszłam tu w tym celu, aby ci dopomóc.
— Ty? — zaśmiał się. — Nie znasz się przecie na tym!
— No, to ty mnie nauczysz.
— Pracować?... Teraz!... Co za pomysł?!
— Oczywiście, trzeba pracować! Inaczej jest nudno... tak jak w izbie. Ten hałas poprzednio był znacznie weselszy.... to mi się podobało.
— Ale w ten sposób nie można przemówić do ciebie ani słowa.
— Także nieszczęście! A na cóż cała ta gadanina?! Słyszałeś już... że ożeni się ze mną i że pojechał do miasta, by uregulować tę sprawę.