Jörgen potrząsnął głową.

— Nie wiem. O tym nie pisało28...

— A mnie się zdaje... że nie mogła już wyjść... musiała się tam błąkać na wieki... tak jak tamta w lasku proboszczowskim, którą widział twój ojciec... Peer widział ją także...

— To może być, ale nic o tym nie napisano — odpowiedział Jörgen, który nie czuł zdolności, by wykraczać poza swoje źródła i opowiadać historie z własnej fantazji.

Wyłączył znowu piąte koło. Ciasne i niskie piętro nie zapowiadało innej rozrywki, toteż weszli na schody wiodące na następne piętro.

Komora ta była zamknięta u góry drewnianą powałą, jednak nieszczelną; przez szerokie szpary można było dojrzeć, że ponad nią obraca się szybko coś wielkiego. Ponieważ młyn, poczynając od galerii, zwężał się ku górze, piętro to było znacznie mniejsze i zajmowało powierzchnię zaledwie połowy piętra żarnowego. Na środku wirowało małe kółko ze skośnymi bokami, obok na poziomych osiach tkwiły jeszcze mniejsze, podobne kółka; wydawało się, że czekają one tylko na to, by zetknąć się z pracowitym, ale tymczasem bezużytecznie pracującym towarzyszem, oddalonym zaledwie na szerokość dłoni. Jörgen pociągnął sznur, zwisający przez otwór w podłodze na dolne piętro — jedno z kółek bocznych przybliżyło się do środkowego, a na jego wał nawinęła się lina.

— W ten sposób winduje się worki w górę — objaśnił Jörgen.

Liza zaśmiała się mądrze. Zaświtało jej w głowie. Więc to za ten sznur ciągnęła poprzednio, gdy pomagała Jörgenowi na piętrze żarnowym. Wydawało się jej to tak zabawne, że chwyciwszy się najbliższej belki, wychyliła się, aby przez boczny otwór obserwować ruch liny na dolnym piętrze. Tam jednak inny szczegół skupił jej uwagę.

— Nie! Pilatus złowił mysz, musimy się temu przyjrzeć z bliska.

Zbiegła na dół po schodach. Jörgen zaś chwyciwszy za jedną ze zwisających lin, zsunął się po niej tak szybko, że mógł po rycersku przyjąć Lizę u stóp schodów.