Przysłowiowa okrutna igraszka była w pełnym toku: Pilatus wypuszczał nieszczęsną mysz i łapał z powrotem. Liza, przegiąwszy się podobnie jak kot, z płomieniem w oczach biegała za nim i podniecała go. Wreszcie mysz przestała się ruszać, a kocur zawlókł swój łup do kąta, by go tam pożreć spokojnie.

— Nie podoba mi się to bardzo, że mój Pilatus znowu zasmakował w myszach i zdziczał! Obawiam się, że nie zechce już wyjść z młyna.

— Tym lepiej! W takim razie ty będziesz tu częściej przychodzić. Bo jego nie potrafisz się wyrzec. Na nas innych nie zwracasz, oczywiście, uwagi!

— Aha? I sądzisz, że źle robię?

— Igrasz z nami jak kot z myszą. Młynarza już pożarłaś!

— Więc miej się na baczności! Ciebie pożrę także.

Śmiejąc się pokazała białe zęby i szczęknęła nimi żarłocznie.

— Dobrego apetytu!

Uszy ich przywykły już do hałasu, mogli więc rozmawiać z sobą. Oczywiście, nie mogli oszczędzać gardła, a mówiąc zbliżali usta prawie do samego ucha słuchającego. Ten system rozmowy dawał najnaturalniejszą okazję do całowania się, z czego też korzystali. Jörgen rozpoczął, a ona oddawała uczciwie każdy pocałunek.

— O, widzisz! Zaczynam już żreć!