— Nie. Sądziłam, że rozmawiał pan już z bratem. Poszedł przecież właśnie tą drogą.

— Przyjechałem z innej strony... Właściwie wybrałem się, by załatwić interesy. W powrotnej drodze wstąpiłem tutaj, by się dowiedzieć, co słychać.

— Ale pozostanie pan chyba na wieczerzy?

— Nie, dziękuję bardzo, to niemożliwe.

— Szkoda... Wilhelmowi będzie także przykro.

Doznała najwidoczniej uczucia zawodu i nie ukrywała tego.

Młynarz był tym niemile dotknięty — prawdopodobnie polubiła go już... i źle się stało... to nie doprowadzi do niczego... nie można już odmienić tego, co zaszło! Z piersi jego wydarło się głębokie westchnienie; Hanna spojrzała nań ze zdumieniem, opanował się jednak szybko i zapytał o Jenny.

— Ach, nie pokazuje się wcale. Przywoływałam ją dzisiaj rano i w południe, i teraz. Wczoraj była tu jeszcze. Jestem zaniepokojona, bo nad ranem słyszałam wystrzały, i to niezbyt daleko domu.

— Być może, że Jenny spłoszona tym odbiegła gdzieś dalej — uspokajał Jakub.

— Ale posłuchaj, tatku! Wuj Wilhelm sądzi, że to brat Lizy strzelał.