Leśniczy źle wytłumaczył sobie przestrach, jaki błyszczał w jego oczach.

— Nie było wyboru... on albo ja... i byłem na służbie.

Jakub skinął głową.

Wilhelm wytarł rękawem krople potu spływające z czoła.

— Bogu wiadomo, że chętnie byłbym go tylko zranił... ale w tym mdłym świetle trudno celować... Wolałbym był uniknąć tego... moja kula trafiła go widocznie w serce. Leżał martwy jak kamień, gdy się przybliżyłem.

Jakub znowu skinął głową, wpatrując się tępo przed siebie. Diabelskie pazury! Powalają kłusownika na ziemię, że leży martwy jak kamień! O, ten już się nie wygada! Nie złoży obciążającego świadectwa przeciw mordercy swojej siostry.

— Jakubie! — odezwał się leśniczy niemal błagalnie. — Czemu nic nie mówisz?... Na Boga! Tak bardzo chciałbym usłyszeć przyjacielskie słowo!... O, to straszne zastrzelić człowieka... chociażby był występny... Pomyśleć, że stanie przed Wiecznym Sędzią... obciążony grzechem... albowiem byłby mnie zastrzelił... Och, on umie mierzyć... ale jego strzał poszedł w powietrze... natomiast mój... ach, Boże!

— Jesteś bez winy, Wilhelmie, bez zarzutu!

— Ach, nie mów tego! Kto wie, czy trafiłem go śmiertelnie tylko z powodu mdłego światła... może byłem podniecony złością... a to byłby grzech... może powodowała mną obawa śmierci... co byłoby jeszcze większym grzechem...

— Nie, nie, Wilhelmie... jesteś niewinny... przysięgam na Boga!... A chociaż jego krew splamiła twoją rękę, możesz ją spokojnie podnieść ku niebu... jest bowiem czysta jak dłoń anioła!