Leśniczy, który sam podlegał podnieconemu i uroczystemu nastrojowi, nie zwrócił szczególnej uwagi na niezwykle uroczysty ton młynarza. Usłyszał tylko szczere, pełne poręczenie swojej niewinności, czego tak bardzo łaknął.

Milcząc, uścisnął dłoń przyjaciela. Milcząc, stali obaj przez chwilę, każdy pogrążony w świecie własnych myśli. Ale myśl leśniczego weszła niebawem na spokojniejsze i jaśniejsze tory. Uświadomił sobie, że nie był nazbyt podniecony, że celował spokojnie, licząc głośno do trzech. Potem zapytał:

— Ale skąd ty się tu wziąłeś... w nocy w tej gęstwinie, gdzie nie ma drogi ni ścieżki?... I jak ty wyglądasz, Jakubie?... Gdzie twój kapelusz?

— Mój kapelusz?... Nie wiem doprawdy, czy miałem go na głowie.

— Jakubie... co to znaczy? Czyżby się coś wydarzyło?

— Tak, Wilhelmie wydarzyło się nieszczęście... w młynie.

— Na Boga! Czy może któryś z parobków poszwankowany31?

— Nie wiem sam dokładnie, co się stało, ale niewątpliwie stała się straszna rzecz.

I opowiedział przyjacielowi, co się wydarzyło, nie wspomniał tylko, że chodził przedtem na górne piętro i widział tych dwoje. Bardzo obszernie opowiadał wszystko i wyjaśniał wiele szczegółów, leśniczy bowiem nie był zbyt obznajomiony z urządzeniami młyna.

— I nie zbadałeś wcale?