Szli szybko ku skrajowi lasu.
— Kiedy to się stało?
— Było prawdopodobnie wpół do szóstej... a może szósta, która godzina teraz?
Leśniczy spojrzał na zegarek.
— Dochodzi ósma.
Krańcowe drzewa lasu okalał płot upleciony z suchych gałęzi i chrustu. Nie brak go nigdy w lasach Falsteru. Przedostali się przez płot, przeskoczyli dosyć szeroki rów i poszli przez rżyska wprost ku młynowi, ponuremu celowi drogi, widocznego już w oddali.
— I nie przypuszczasz, kto padł ofiarą?
Młynarz zawahał się nieco, zanim odpowiedział na to pytanie, którego już dawno oczekiwał.
— Nie... nie mam pojęcia.
— Czy nie widziałeś w młynie nikogo?