Podszedł do umywalni i nalał sobie z dzbanka pełną szklankę wody.
— Woda jest świeża, właśnie przyniosłam ją ze studni — zauważyła Liza.
Wypił duszkiem. Chłodny płyn pokrzepił go — duchowo i cieleśnie. Wydawało się, że ta woda spłukuje atmosferę pokoju chorej i niesie mu wzmacniające pozdrowienie z żywych, świeżych źródeł przyrody.
Poprzez szkło szklanki spojrzał na Lizę.
Wydało mu się to tak niezwykłe: tam wewnątrz leżała chora, a tutaj stała zdrowa, ścieląc mu łóżko. Liza wyglądała jak samo zdrowie, a pęd powietrza — wzbudzony jej silnymi ruchami podczas układania materaców, prześcieradła, poduszek i kołdry — owiewał go niejako życiodajną atmosferą.
Właśnie w tej chwili, kiedy odstawiał szklankę, Liza cofnęła się o krok w bok, ale stąpnęła nierówno — skręciła nogę w kostce i byłaby upadła, gdyby jej nie pochwycił. Cichy okrzyk świadczył o bólu, a zarazem o panowaniu nad sobą — obawiała się obudzić chorą. Ociężale i bezradnie zawisło mu na ręku jej ciało, głowa wsparła się na jego ramieniu, wyczuwał uderzenia bijącego przestrachem serca.
Nie było to dla niego nieprzyjemne, że przez parę chwil wspierał ją a raczej dźwigał.
Potem stanęła na prawej nodze, odwróciła głowę ku niemu i szepnęła:
— Dziękuję!
Twarz jej wyrażała wdzięczność i jak gdyby dziecięcą ufność.