— Kto zapukał?

Młynarz zbladł i uchwycił ją za ramię, natychmiast jednak wypuścił je z uścisku bardzo zakłopotany.

— Nikt nie pukał; doznałam tylko takiego wrażenia.

— Jak gdyby ktoś pukał kością w szybę — dodał jej brat.

— Czy nie wyjrzała pani przez okno?

— Nie od razu... Najpierw przestraszyłam się, a potem odwróciłam się na łóżku i próbowałam znów zasnąć... byłam przekonana, że to jedynie złudzenie zmysłów... Potem jednak posłyszałam jeszcze raz wyraźne pukanie — tak samo jak poprzednio. Zerwałam się z łóżka i podbiegłam do okna, ale na dworze nie było nikogo. Księżyc wznosił się wysoko nad szczytami jodeł i świecił dosyć jasno, można było rozróżnić wyraźnie cień drzew, ale nie dojrzałam nikogo.

— Nikogo? Ale chyba przestraszyła się pani bardzo?

— Bynajmniej, doznałam tylko jakiegoś podniosłego wrażenia. Szybko narzuciłam ubranie i poszłam do pokoju Wilhelma.

— Ja zaś właśnie w owym dniu kończyłem obrachunki, które należało odesłać nazajutrz. I właśnie spojrzałem na zegar, a zobaczywszy, że jest już dwunasta godzina, zmartwiłem się, że muszę jeszcze tak późno pracować... Wtem weszła Hanna... nie była wcale przestraszona, na twarzy jej malował się uroczysty nastrój, jak to sama powiada... Skoro zaś opowiedziała mi o tym, oświadczyłem bez zastanowienia, jakby pod przymusem; „Nie ulega wątpliwości, to młynarzowa umarła!”... Tak powiedziałem.

— A szczególne było i to także, iż kiedy Wilhelm wyrzekł te słowa, wydało się, że wypowiedział właśnie moje myśli... aczkolwiek poprzednio, jak sobie przypominam, nie zastanawiałam się wcale, co by to oznaczało.