— Ale to znaczy wprowadzić kozła do ogrodu — oświadczył młynarz.

— No, niezupełnie — rzekł leśniczy, który nareszcie przełknął całkiem kąsek. — Naszej zwierzyny nie będzie w takim razie niepokoił.

— Oczywiście, prawda co do joty — potakiwał Ole. — A chociaż nie porzuci swego złodziejskiego zawodu, to istnieją przecie inne lasy, gdzie może chodzić w wolne, księżycowe noce... są lasy koło Skötterup i dalej ku północy lasy królewskie, dokąd wygodnie dotrzeć można.

— Wygodnie! — krzyknął leśniczy. — Tak jest, będzie wygodnie siedział i tu, i tam! A tymczasem niejeden poczciwy biedak chodzi światami i szuka posady... choćby skromnej, bo czasy są ciężkie i każdy się cieszy, znalazłszy grunt pod nogami... i nikt z tych biedaków nie dostanie posady, bo ludzie boją się złoczyńcy i chcą go obłaskawić! A potem jeszcze ktoś powie, że to ja popierałem tego łajdaka, o którym krąży pogłoska, że maczał palce w zamordowaniu mojego poprzednika.

Ole przytakiwał z uznaniem i zachęcająco, a jednocześnie zagryzał wąsy i znowu zerknął jednym okiem ku młynarzowi, jak gdyby mówiąc: „No, ten już wypowie wszystko, co mu leży na wątrobie, ten już da bobu szambelanowi! Ani pomyśli o dyscyplinie wojskowej!”.

— I ja miałbym grzecznie milczeć w tym wypadku? — mówił dalej leśniczy (który zupełnie trafnie wytłumaczył sobie to zerknięcie) jeszcze bardziej podrażnionym tonem:

— To moja powinność i mój obowiązek zaprotestować przeciwko takiej niesprawiedliwości.

— Otóż to, panie leśniczy, otóż to... pański obowiązek... nie trzeba pana o tym pouczać, wszyscy to wiemy.

— Nie, nie, Ole, opuścisz ten dom ze spokojnym sumieniem, bo z tego nic nie będzie, póki i ja mam prawo powiedzieć jakieś słówko. Ale uczyniłeś dobrze, donosząc mi o tym, dzięki temu będę przygotowany. No, dobranoc, Ole! Już czas wracać do domu.

Ruszyli z powrotem przez las, nie bacząc na drogi i ścieżki, nieraz torując sobie przejście przez zarośla i młody zagajnik. Wobec tego z trudem podtrzymywana rozmowa rwała się. Ale żaden z nich nie był w tej chwili usposobiony do rozmowy. Na czole leśniczego pozostały zmarszczki; twardy kąsek, jaki przełknął, gniótł go w żołądku. Na twarzy młynarza nie błyszczała już także niedawna radość. Wydawało mu się, że cień jakiś legł na jesiennym lesie, jeszcze niedawno tak radosnym.