Ten las nie był tylko idyllicznym terenem rozkosznej leśniczówki — był również rewirem kłusownika Peera Vibe, brata Lizy; wydawało się, że jej władza aż tutaj dociera i grozi mu.
Cień, który legł na lesie, był cieniem młyna na wzgórzu.
Ale tylko podczas zachodu słońca cień młyna tak się wydłuża, że może kłaść się daleko na las. Czyżby jego słońce już zniżało się ku zachodowi? Czyżby już tak niedaleko była noc, podczas której władają moce ciemności?
Młynarz rozsunął kilka gałęzi i wyszedł na leśną polanę. W odległości mniej więcej stu kroków wznosił się przepojony słonecznym blaskiem gaj świerkowy, pomiędzy pniami drzew migotała niebieskawo ściana domu. Młynarz nie przypuszczał, że doszli już niemal do leśniczówki; tu właśnie było miejsce, gdzie po raz pierwszy ukazała się Jenny. Już wyskoczył naprzeciwko Hektor, głośno naszczekując i obwieszczając ich przybycie. Młynarz, uśmiechając się, odczepił kilka nici pajęczyny ze swej kędzierzawej, ciemnej brody, zdjął czapkę i otarł rękawem parę kropel potu z czoła.
— No, widzisz, bardzo szybko dotarliśmy do domu. — Młynarz wbił głęboko laskę w miękką ziemię łąki i po chwili rzekł niezwykle uroczystym głosem: — Wilhelmie, czy przypominasz sobie jeszcze tę chwilę w dniu pogrzebu, kiedy wraz z twoją siostrą staliśmy nad małym stawem?
— Oczywiście... pamiętam nawet każde słowo, które powiedziałeś wtedy.
— Dobrze. Otóż wiesz także, co wam powiedziałem o mojej żonie, że moja nieboszczka żona w ostatniej godzinie swego życia myślała o twojej siostrze, myślała z wielkim skupieniem ducha.
— Tak jest, ale nie mówiła o niej.
— Przeciwnie... mówiła, chociaż nie wymieniła dokładnie jej imienia. A potem powiedziałem ci także, że zawiadomię cię, co mówiła o Hannie... skoro nadejdzie właściwa chwila.
— Teraz przypominam sobie dokładnie. A więc... czy ta chwila teraz nadeszła?