dywan, okno mieni się nagłym

słońcem. Byłaś tu przed chwilą,

teraz jesteś w pracy.

Co uchyliłaś, zostanie uchylone.

We mnie mieni się przestrzeń,

wirują: śluz, ślina, sine

krople z sutków. To się chyba nazywa uśmiech losu.

Pojawił się wreszcie na twarzy, prysnął w okulary.

I zapach, smak tego, co się dzieje.

Jak młode zboże rozgryzane wolno.