na wzgórkach: między parowy

wpada krzyk nerwowy,

roztrzęsiona sanna. Z drogi, z drogi.

Zbocza lśnią jak śledzie.

Chcą połamać nogi

przechodnia, co zatrzymał chwilę:

hałdę, rzekę; w pomarszczony obłok

ciężko kasztan wchodzi, rozsypując obrok.

Wozy wypełnione węgłem

suną w głąb doliny.