„Wartość jest kamieniem węgielnym ekonomii politycznej”. Wartość „ukonstytuowana” jest kamieniem węgielnym systemu sprzeczności ekonomicznych.
Cóż to więc jest ta „wartość ukonstytuowana”, która stanowi całe odkrycie p. Proudhona w ekonomii politycznej?
Skoro raz przyjmie się użyteczność (jako element wartości), praca staje się źródłem wartości. Miarą pracy jest czas. Wartość względną produktów określa się przez ilość czasu pracy potrzebnego na ich wyprodukowanie. Cena jest wyrażeniem za pomocą pieniędzy wartości względnej produktu. Na koniec wartość ukonstytuowana pewnego produktu jest po prostu wartością ukonstytuowaną przez czas pracy zawarty w tym produkcie.
Jak Adam Smith odkrył podział pracy, tak p. Proudhon utrzymuje, że odkrył wartość ukonstytuowaną. W rzeczywistości nie jest to „coś niesłychanego”, ale też trzeba przyznać, że nie ma nic niesłychanego w jakimkolwiek odkryciu w ekonomii. P. Proudhon, który czuje całą ważność swego odkrycia, stara się jednak zmniejszyć swoją zasługę, „aby uspokoić czytelnika co do swych pretensji do oryginalności i zyskać sobie umysły, które przez swoją trwożliwość nie są skłonne do przyjęcia nowych idei”. Lecz w miarę jak rozpatruje, co każdy z jego poprzedników uczynił dla zrozumienia wartości, zmuszony jest przyznać głośno, że największa część, lwia część zasługi jemu się należy.
„Syntetyczna idea wartości była ogólnikowo pojmowana przez Adama Smitha... Lecz idea ta była u niego całkiem intuicyjna, a społeczeństwo nie zmienia swych przyzwyczajeń na wiarę intuicji, uznaje ono tylko autorytet faktów. Trzeba było, żeby sprzeczność wyraziła się w sposób bardziej wydatny, bardziej wybitny: J. B. Say66 był jej głównym wyrazicielem” (I, 66).
Oto cała historia odkrycia wartości ukonstytuowanej: A. Smith miał ogólnikowe pojęcie; u J. B. Saya sprzeczność, p. Proudhonowi przypada prawda konstytuująca i „ukonstytuowana”. I nie pozwólmy się zbić z tropu: wszyscy inni ekonomiści od Saya do Proudhona kręcili się tylko po ubitej ścieżce sprzeczności. „Jest to nie do uwierzenia, żeby tylu rozsądnych ludzi od lat czterdziestu rzucało się przeciw tak prostej idei. Ale nie, porównuje się wartości, nie mając dla nich żadnego wspólnego punktu porównawczego ani jednostki miary — oto co ekonomiści XIX wieku zdecydowali się utrzymywać przeciw wszystkim, zamiast przyjąć rewolucyjną teorię równości. Co powie o tym potomność?” (t. I, str. 68).
Potomność, tak gwałtownie wezwana, zacznie od powątpiewania co do chronologii. Musi ona zadać sobie pytanie: Czyż Ricardo i jego szkoła nie należą do ekonomistów XIX wieku? System Ricarda, stawiający zasadę, że „wartość względna towarów zależy wyłącznie od czasu niezbędnego do ich wytworzenia”, datuje się od 1817. Ricardo stoi na czele całej szkoły panującej w Anglii od czasów Restauracji67. Doktryna Ricarda wyraźnie, nieubłaganie reprezentuje całą burżuazję angielską, będącą znowu typem nowoczesnej burżuazji w ogóle. „Co o tym powie potomność?” Nie powie, że Proudhon nie znał Ricarda, gdyż długo i szeroko o nim rozprawia, wciąż do niego powraca i ostatecznie powiada, że cały jego system jest „śmieciem”. Jeżeli potomność kiedykolwiek wtrąci się w tę sprawę, wówczas być może powie, że Proudhon, obawiając się obruszyć anglofobię swych czytelników, wolał wystąpić sam w roli odpowiedzialnego wydawcy idei Ricarda. Ale cokolwiek się zdarzy, w każdym razie naiwne jej się wyda, że Proudhon jako „rewolucyjną teorię przyszłości” wykłada to, co, jak naukowo dowiódł Ricardo, stanowi teorię obecnego społeczeństwa mieszczańskiego, i że przyjmuje on za rozwiązanie antynomii68 między wartością wymienną a użytkową to, co od dawna już Ricardo ze swą szkołą przedstawili jako naukową formułę jednej strony antynomii, wartości wymiennej. Ale raz na zawsze dajmy spokój potomności i urządźmy konfrontację Proudhona z jego poprzednikiem, Ricardem. Następujące ustępy z tego pisarza streszczają jego teorię wartości:
„Użyteczność nie jest zgoła miarą wartości wymiennej, chociaż jest dla niej absolutnie konieczna” (Principes de l’economie politique, t. I, str. 3).
„Gdy raz już rzeczom przyznano użyteczność, wtedy ich wartość wymienna powstaje z dwóch źródeł: z ich rzadkości i niezbędnej do ich zdobycia ilości pracy. Istnieją rzeczy, których wartość zależy jedynie od ich rzadkości. Ponieważ żadna praca nie jest w stanie przysporzyć ich ilości, zatem ich wartość nie może spaść z powodu ich większej obfitości. Tutaj zaliczyć należy posągi, cenne obrazy itd. Wartość ta zależy jedynie od zamożności, smaku i kaprysu ludzi, żądnych ich nabycia” (t. I, str. 4 i 5 passim).
„Stanowią one jednakże bardzo nieznaczną liczbę spośród codziennie wymienianych towarów. Ponieważ największa ilość pożądanych przedmiotów jest tworem przemysłu, więc skoro tylko zgodzimy się na niezbędny tutaj wydatek pracy, możemy ją nie tylko w jednym, lecz w wielu krajach powiększyć prawie w nieograniczonym stopniu” (t. I, str. 5).