Salamandra

Przez obcy szedłem las — posępny stał;

ciemniał w nim dzień — wilgotne mchy

słały się u mych nóg, z nadwodnych skał

zwisały zimne, brudne, ślisko szły

w parowów głąb. Potoku pienny1 nurt

po progach wył wzdłuż drogi, to znów cichł,

z kamiennych w toń się przelewając furt.

Wśród gonnych2 drzew tu owdzie, jakby mnich

(dalekich Tatr widziadło), karli3 smrek4,