— Ale co znaczą te słowa? — spytał zdumiony Kret.
— A bo ja wiem? — odparł Szczur z prostotą. — Powtarzałem ci je, w miarę jak mnie dochodziły. O! Chwytam je znowu, tym razem jasno, wyraźnie! Nareszcie posłyszymy prawdę. Prawdę niezawodną, prostą, doskonałą!
— A więc wygłoś tę prawdę — rzekł Kret, przysypiając w gorącym słońcu po kilku minutach cierpliwego oczekiwania.
Ale nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał i zrozumiał powód milczenia. Znużony Szczur spał mocno z uśmiechem szczęścia na pyszczku. Wyglądał, jakby wciąż jeszcze był zasłuchany.
Rozdział VIII. Przygody Ropucha
Gdy Ropuch znalazł się w wilgotnym, zatęchłym lochu i uświadomił sobie, że ponura ciemność średniowiecznej twierdzy oddziela go od zewnętrznego świata, od słońca i gładko asfaltowanych szos, gdzie ostatnimi czasy było mu tak dobrze i gdzie się tak zachowywał, jakby wszystkie drogi Anglii należały wyłącznie do niego, rzucił się na ziemię, roniąc gorzkie łzy, i pogrążył się w czarnej rozpaczy.
„To koniec wszystkiego — mówił sobie — a w każdym razie koniec kariery Ropucha, co na jedno wychodzi. Koniec przystojnego Ropucha, tak ogólnie lubianego, bogatego, gościnnego Ropucha, lekkomyślnego, dobrodusznego Ropucha! Czyż jest nadzieja, że mnie stąd kiedykolwiek wypuszczą — mówił sobie — mnie, którego słusznie uwięziono za bezczelną kradzież wartościowego samochodu i za dosadne, wymyślne obelgi ciskane na tłustych policjantów o rumianych policzkach! (tu zaniósł się łkaniem). Jaki ja byłem głupi — mówił sobie — muszę teraz gnić w tym więzieniu, aż wreszcie zwierzęta, co chlubiły się, że mnie znają, zapomną nawet imienia Ropucha! O, mądry, stary Borsuku! — mówił sobie. — O, rozumny, inteligentny Szczurze i rozsądny Krecie! Jakże słuszne są wasze zapatrywania, jaką głęboką macie znajomość ludzi i rzeczy! O nieszczęsny, opuszczony Ropuchu!”.
Na podobnych narzekaniach spędzał przez kilka tygodni dnie i noce, odmawiał przyjmowania posiłków, nie chciał nawet nic przekąsić, chociaż sędziwy i ponury dozorca, wiedząc, że Ropuch ma dobrze wypchane kieszenie, napomykał często o wielu udogodnieniach, a nawet o luksusowych artykułach, które można kazać sobie przysłać spoza więzienia za dobre pieniądze.
Ów dozorca miał córkę, ładną dziewczynkę o miękkim sercu. Pomagała ona ojcu w wypełnianiu lżejszych obowiązków i ogromnie lubiła zwierzęta. Chowała kilka srokatych myszy i ruchliwą wiewiórkę biegającą wciąż w kółko, a prócz tego kanarka, którego klatka wisiała w dzień na gwoździu wbitym w masywny więzienny mur — ku wielkiemu niezadowoleniu więźniów uprawiających poobiednią drzemkę — a w nocy, okryta zasłoną, stała na stole w saloniku. Dobra ta dziewuszka, litując się nad nieszczęsnym Ropuchem, odezwała się pewnego dnia do ojca:
— Ojcze! Nie mogę znieść widoku tego biednego, nieszczęśliwego zwierzątka; chudnie zastraszająco. Pozwól mi się nim zaopiekować, wiesz, jak lubię zwierzęta. Nauczę go jeść z ręki i służyć, i różnych innych rzeczy.