Dozorca powiedział córce, że może sobie robić z Ropuchem, co jej się tylko podoba. Znudził mu się ten więzień, dumny, skąpy i wiecznie nadąsany. Więc dziewczyna tego samego dnia postanowiła rozpocząć dzieło miłosierdzia i zastukała do celi Ropucha.
— Pociesz się, Ropuchu — rzekła pieszczotliwym tonem, wchodząc. — Siądź prosto, otrzyj oczy i bądź rozsądny, spróbuj zjeść cośkolwiek. Spójrz, przyniosłam ci część mojego własnego obiadu, prosto z kuchni!
Był to w samej rzeczy smakołyk nie lada: znakomity zapach z talerza przykrytego drugim rozchodził się po ciasnej celce. Ropuch pogrążony w smutku leżał rozciągnięty na podłodze. Przenikliwa woń kapusty doszła do jego nozdrzy i podsunęła mu przelotną myśl, że życie może nie jest tak rozpaczliwe i puste, jak mu się zdawało. Jednak w dalszym ciągu jęczał, kopał nogami i nie dawał się pocieszyć. Mądra dziewczyna wyszła, ale — jak to zwykle bywa — pozostał zapach kapusty i Ropuch w przerwach między łkaniami wdychał ten zapach i rozważał, i stopniowo przychodziły mu do łebka myśli nowe, natchnione: o rycerskości i poezji, i czynach, których można dokonać; o rozległych łąkach i pasących się w słońcu stadach krów smaganych wiatrem, o warzywnych ogrodach, o równych rabatkach porosłych ziołami, o rozgrzanych nagietkach nawiedzanych przez liczne pszczoły i o miłym szczęku półmisków stawianych na stole w Ropuszym Dworze, i o szuraniu krzesełkami, gdy wszyscy goście zasiadali do stołu. Powietrze w małej celce nabrało różowego odcienia. Ropuch zaczął myśleć o swych przyjaciołach, którzy na pewno potrafią coś dla niego zrobić, o adwokatach, co niewątpliwie zapaliliby się do jego sprawy, i o tym co z niego za osioł, że nie wziął sobie choć paru obrońców, a wreszcie pomyślał o swej wielkiej mądrości i pomysłowości i o wszystkim, czego mógłby dokonać, gdyby tylko zechciał wysilić swój potężny umysł.
Gdy córka dozorcy wróciła po paru godzinach, niosła na tacy filiżankę aromatycznej herbaty, z której unosiła się para, i talerz gorących, grubo pokrajanych grzanek, ładnie z obu stron przyrumienionych. Masło kapało z nich wielkimi złotymi kroplami niby miód z plastra. Zapach tych grzanek przemówił do Ropucha i to gromkim głosem: opowiadał o ciepłych kuchniach, o śniadaniach w pogodne, mroźne ranki, o przytulnych kominkach w zimowe wieczory, gdy po skończonym spacerze opiera się o kratę nogi obute w pantofle, o mruczeniu sytych kotów i świergocie sennych kanarków. Wreszcie Ropuch podniósł się, usiadł, otarł oczy, wypił herbatę i zjadł grzanki, a niebawem zaczął rozwodzić się szeroko nad sobą, swymi zajęciami i swym domem, nad tym, jaką był ważną osobistością i jak wysoko cenili go przyjaciele.
Córka dozorcy zauważyła, że ów temat równie dobrze mu robi jak herbata i zachęcała go, aby mówił dalej.
— Opowiedz mi o Ropuszym Dworze — poprosiła. — Wydaje mi się, że musi być ładny.
— Ropuszy Dwór — powiedział dumnie Ropuch — jest to wspaniała pańska rezydencja, wprost nieporównana. Niektóre jej części pochodzą z czternastego wieku, lecz ma wszelkie nowoczesne urządzenia: wodociągi, kanalizację. Leży o pięć minut drogi od kościoła, poczty i pól golfowych i jest zupełnie odpowiednia...
— A niechże cię, Ropuchu! — roześmiała się dziewczynka. — Przecież ja nie chcę tego domu wynająć! Powiedz mi, jaki jest naprawdę. Ale poczekaj, przyniosę ci jeszcze trochę grzanek i herbaty.
Wyszła i po chwili wróciła z pełną tacą. Ropuch rzucił się łapczywie na grzanki, a odzyskawszy swój zwykły humor, opowiedział dziewczynce o szopie na łódki, o stawie z rybami, o starym warzywnym ogrodzie okolonym murem, o chlewach, stajniach, gołębniku i kurnikach; o mleczarni, pralni, prasowalni (to się dziewczynce szczególnie spodobało), o komnacie jadalnej i o tym, jak się tam dobrze bawiono, gdy zwierzęta zasiadały wkoło stołu, a Ropuch w wesołym nastroju śpiewał piosenki, opowiadał anegdoty i wszystkim przewodził.
A potem dziewczynka wypytywała o przyjaciół Ropucha, słuchając z wielkim zainteresowaniem, o tym, jak żyją i czym się zajmują. Oczywiście, ani wspomniała o swym umiłowaniu zwierząt, była dość sprytna, aby rozumieć, że Ropuch czułby się tym bardzo dotknięty. Gdy mu życzyła dobrej nocy, napełniwszy przedtem dzbanek wodą i porządnie ułożywszy słomę, Ropuch był z siebie zadowolony prawie tak jak dawniej. Zanucił parę piosenek, które śpiewał u siebie na proszonych obiadach, skulił się na słomie i doskonale spędził noc, śniąc najprzyjemniejsze sny.