Kwesta udała się jak najpomyślniej, do czterech tysięcy dukatów zebrałam; sam książę Karol Radziwiłł, mówiąc do mnie: „Panie kochanku! trzebać co dać tak pięknej damie!” — sypnął od razu pięćset sztuk złota, aż się taca ugięła. Z początku byłam nieśmiała, nogi mi drżały przy niskim ukłonie, który przed każdym uczynić wypadało; ale potem ośmieliłam się i dopieroż w ten dzień przydały mi się prawdziwie metra od tańca nauki. Marszałek dworu oprowadzał mnie, wymieniał każdego z panów i prosił za mnie; bo już co mówić, to bym nie była potrafiła; a kiedy taca zdawała się zbyt ciężką, wypróżniał ją w osobny worek. Nasłuchałam się komplementów co niemiara; królewic mi powiedział, że szczęście wielkie, żem pieniądze, nie serca zbierała, bo każdy byłby musiał oddać mi swoje; ja mu na to: „Nie prosiłabym nigdy o rzecz takową, bo któż by dbał o uproszone serce?” Podobała mu się ta moja otwartość; dziwię się jednak, jak mógł sądzić, że bym ja inaczej myśleć mogła? Niewieście prosić kogo o serce, choćby króla samego, miałabym za podłość! Przyjąć, kiedy się dobrowolnie odda i kiedy się przyjąć godzi, to co innego... Ale gdzie się myśli moje zapędzają, wcale o czym innym pisać wypada.

Ceremonia umywania nóg dziwnie mi się podobała; ten król schylony u nóg ubogich starców, stojący potem za ich stołkami, jeszcze mi dotąd tkwi w pamięci; a do tego nasz August III, choć już niemłody, bardzo piękny, poważny i wszystko mu przystoi. Królewic Karol zupełnie się wdał w ojca. W Wielki Piątek obchodziłyśmy groby, w grubej żałobie; w siedmiu kościołach byłyśmy, w każdym odmawiając po pięć pacierzy; u fary klęczałam godzinę całą przy grobie Pańskim. Rezurekcja290 była paradna w Wielką Sobotę w wieczór, muzyka dworska prześliczna. Święcone u nas było okazałe i do wczorajszego dnia ciągle zastawiano stoły ciastami i mięsiwem.

Kto by mi też był powiedział rok temu, kiedy właśnie jako trzeci dzień mojego na pensją przybycia smutnie u Madame Strumle nad skromnym święconym dumałam, że ja w ten poniedziałek świąteczny z królewicem dzielić się będę; a był u nas dnia tego: jedliśmy z jednego talerza. Jak mi też smakuje mięso po tych czterdziestu dniach postu; w Wielki Tydzień tak tu, jak w Maleszowej z olejem jedliśmy, a w Wielki Piątek wcale z suchotami291. I królewic pościł; zdaje mi się też, że dużo zmizerniał. Właśnie wczora z niespokojnością wpatrywałam się w niego, myślałam, że tego nie zważał, bo rozmawiał z księciem, a on mi potem za tę niespokojność dziękował. Ażem się zawstydziła; jak też to młodej pannie baczną być trzeba: nie dosyć jej w słowach być ostrożną, jeszcze i oczu pilnować musi. Proszę, na co się przydać mogą w takim razie guwernantki292? Dobrze księżna mówi, że która panna siebie nie strzeże, tej i dziesięć guwernantek upilnować nie potrafi.

Dnia 15 kwietnia, we środę

Szkoda, jutro wyjeżdżamy z Warszawy, księstwo jadą do dóbr swoich do Opola i ja z nimi; był list od Jmć Dobrodzieja do księżnej, w którym zezwala na to, abym bawiła przy niej, póki się jej nie naprzykrzę i sama mnie nie wypędzi; spodziewam się, że to nie nastąpi, bo staram się jej przypodobać, jak tylko mogę i umiem. Księżna wzbudza we mnie szczególne jakieś uszanowanie i bojaźń; wolałabym nie wiem co zrobić, jak ją obrazić, a kiedy na mnie łaskawie spojrzy i widzę, że ze mnie kontenta293, jakby mi się niebo otwierało. Jeśli kiedy sędziwych lat doczekam, chciałabym mieć tę wspaniałość; sam królewic się jej boi.

Nie wiem, jak to wytłumaczyć, alem kontenta z tego, że nie do Maleszowej jadę. Nabiła mi się głowa tą myślą, żem tam wracać nie powinna taką samą, jak wyjechałam; a gdybym teraz wróciła, żadnej by odmiany nie było. Żadnej? Ach! Jest, i wielka!... Ale cóż z niej?... Nie sposób jednak, żeby rzeczy w tym stanie długo zostały; musi koniecznie nastąpić jakaś stanowcza zmiana! pomyślna mnie już nie zdziwi, przeciwną znieść potrafię, bom szlachetnie urodzona, bom chrześcijanka. Ale jakie ja tu kreślę zagadki; gdyby też komu dostał się ten dziennik w rękę, myślałby, żem niespełna rozumu; a ja właśnie dla tej obawy tak niewyraźnie piszę: ja, kiedy myślę o nim, to się boję, żeby kto myśli mojej nie usłyszał, a pisać bym zaś śmiała? I to już zanadto, lepiej przestać i pod cztery zamki ten papier schować! Chwilka dłużej, a wydałaby się tajemnica.

Dnia 24 kwietnia, w piątek, w Opolu

Blisko od tygodnia tu jesteśmy, miejsce dosyć przyjemne, mnie jednak nie bardzo wesoło, ale bo mi się też nic nie darzy. Drzewa powinny by się już zielenić, a jeszcze zupełnie czarne, powinno by być ciepło, a zimno; chciałam zacząć haftować, brak mi najpotrzebniejszych jedwabiów; chciałam grać, klawicymbał294 odstrojony295, dopiero do Lublina poślą po organistę. Jest tu biblioteka dosyć znaczna, ale klucz od niej u samej księżnej i boję się prosić o niego. Książę ma różne nowe książki francuskie, dzieła Woltera296, najsławniejszego autora we Francji: za kilkanaście tomików w moich oczach dał sześć dukatów w złocie; księżna czytać mi ich nie pozwala. Co gorsza, przyszedł świeżo z Paryża romans, za którym wszyscy przepadają: Nowa Heloiza297, przez jakiegoś Russa298 napisana; jużem go miała czytać, ale cóż, sam autor umieścił w przedmowie tc słowa: „żadna matka nie da tej książki córce swojej”, i księżna zakazała mi ją299 surowo. Do tych wszystkich przeciwności cóż jeszcze zdarzyło mi się wczora? Księżnie doktorowie warszawscy kazali, gdy będzie na wsi, konno jeździć dla zdrowia; ona śmiała się z nich, mówiąc, że tego nigdy nie uczyni — oni jednak obstawali przy swoim i książę kupił dla niej śliczną powolną300 klaczkę z wygodnym siodłem. Przyprowadzili ją tu, księżna jednak jeździć nie chciała, ledwie ją namówili, żeby przejeżdżała na ośle po ogrodzie, co od kilku dni codziennie czyni; ale mnie, która się koni nie boję, przyszła niezmierna ochota jeżdżenia konno; odezwałam się z nią wczora: księżna mnie strofowała, zowiąc tę zabawę bardzo nieprzyzwoitą dla panny, i pożegnać się z tym projektem musiałam; a jak też zawrócił mi głowę, jak już w myśli dokazywałam na tym koniu, jeździłam na polowanie, i z kim jeszcze?...

Bardzo tu dworno i wiele osób się zjeżdża, jako do wojewody; nie wiem, dlaczego mnie to wszystko nie bawi; widziałam i Michała Chronowskiego, owego niegdyś pokojowca naszego; zupełnie się odmienił: książę, za rekomendacją Jmć Dobrodzieja, oddał go do palestry301 lubelskiej i on tam dobrze się ma kierować, ale wychudł, nachylił się, jakichciś rumieńców osobliwych dostał i kilka krys302 ma na twarzy. Ani razu od ślubu Basi nie tańcował: już teraz nie mazury, nie krakowiaki, ale eksdywizje303, kondemnaty304, kaduki305 ma w głowie: strasznie się nudny zrobił, bo nic nie można zrozumieć, co mówi. Kto bywa w Opolu bardzo przyjemny i zabawny, to książę Marcin Lubomirski, brat stryjeczny księcia, ale znacznie młodszy; znałam go już w Warszawie: księżna zawsze coś w nim do nagany znajdzie, mnie zaś on się niesłychanie podoba; ma tu niedaleko hrabstwo janowieckie i bardzo nas do siebie zaprasza: może pojedziemy. Z nim rozmawiać miło, bardzo lubi zabawy, niezmiernie wesoły; wielki przyjaciel królewica; jak go też chwali, to aż serce rośnie! Bardzo mi się podoba książę Marcin.

Dnia 1 maja, w piątek, w Janowcu