Od dwóch dni bawiemy w Janowcu i książę Marcin zawczasu oświadcza, że nas nie tak prędko puści. Piękniej tu nierównie jak w Opolu, a równie dworno. Nie wiem, czy jest w świecie kto hojniejszy, weselszy i gościnniejszy od księcia Marcina. Pieniędzmi tak sypie i sieje, mówi księżna, jak gdyby się spodziewał, że mu wyrosną i że je zbierze. Co on też teraz robi? Przez śliczny las, który ma niedaleko zamku, każe wycinać wielką perspektywę306; z gabinetu, gdzie mieszkam i piszę, widzę właśnie w tej chwili, jak padają wspaniałe drzewa pod siekierami przynajmniej stu robotników; na jej końcu stawiają pałacyk, ale z takim pośpiechem, że się zdaje, że w oczach rośnie; z Warszawy i Bóg wie nie skąd nasprowadzał majstrów, przepłaca ich; ale założył się z księciem wojewodą, że w przeciągu czterech tygodni pałacyk stanie, i ja pewna jestem, że wygra. Cały ten las ma kazać ogrodzić i zwierzyniec w nim założy; okolica obfituje w dzikiego zwierza, ale on rozesłał ludzi swoich w dalekie strony, żeby mu i łosiów, i niedźwiedzi sprowadzono. Wszystko mi się zdaje, że w stawianiu tego pałacyku i w zakładaniu tego zwierzyńca jest jakaś tajemnica, i raczej ją przeczuwam, niżeli zgaduję.
Daleko mi weselej w Janowcu: prześliczne miejsce, zamek wspaniały na górze nad Wisłą, starożytny, bo jeszcze po Firlejach; widok stąd na Kaźmierz, na Puławy ks. Czartoryskich bardzo przyjemny; sal i pokojów bez końca, malowania i sprzęty przepyszne. Ale podobno w całym zamku mój pokoik najmilszy, jest w wysokiej wieży; zdaje mi się, żem jakąś romansową heroiną307, od czasu, jak w nim mieszkam; są w nim okna na trzy strony, z każdego czarujący widok: w jednym najczęściej siedzę, bo mnie nad wszelki wyraz ta perspektywa i ten wzrastający pałacyk zajmuje. Na ścianach jest Olimp. „Wenery308 mu dotąd brakowało, teraz ją posiada” — powiedział grzecznie książę Marcin, gdy mnie tu wprowadzał. Dziwnie mi było w tym oknie, w tym gabinecie; zdaje mi się, jakby w Janowcu coś dobrego przytrafić mi się miało.
Dnia 3 maja, w niedzielę
Nie wiem, czym kiedy w życiu tak rano wstała, dopiero trzecia bije na zamkowym zegarze, a ja już siedzę i piszę. Jeszcze nie było zupełnie widno, kiedym się snuła po długich tego zamku korytarzach jak widmo jakie. Bo trzeba wiedzieć, że jest tu sala prześliczna i wielce szacowna. Książę Marcin, idąc za miłym i nauczającym przodków naszych obyczajem, którzy przechowywali starannie portrety znaczniejszych z familii osób i pamięć znakomitych ich czynów, umyślił wszystkie podobne zabytki Lubomirskich rodu w jednej zgromadzić sali. Sprowadził sobie z Włoch biegłego malarza, wezwał pomocy człowieka uczonego, który nie tylko był wyćwiczony w dziejach rodu Lubomirskich, ale i w historii narodu naszego, i po długich naradach ten zamiar wykonanym został, sześć lat temu, 1756 roku, jak świadczy napis nad drzwiami. Szkoda tylko, jak mówi księżna, że nie olejno na płótnie, ale al fresco309 na ścianach, te wszystkie portrety i obrazy; już ich przenieść nie można i przechować trudniej. Ale nie myśląc o przyszłości, teraz ta sala prześliczna; wczora po obiedzie książę Marcin wraz z księżną i z księciem wojewodą tłumaczył i opowiadał mi wszystko, a jam sobie zaraz ułożyła, że to wszystko zapisać muszę. Wstałam więc przed słońcem, przyszłam na palcach do tej sali i kiedy wszyscy śpią jeszcze, nakreślę w tym dzienniku, com słyszała i co widzę. Naprzód na wszystkich rogach jest herb Lubomirskich, Srzeniawa bez krzyża, herb prawdziwie polski, nadany im podobno za zwycięstwo, które ich naddziad310 odniósł nad brzegiem Srzeniawy, rzeki wpadającej do Wisły o osiem mil od Krakowa. Najpierwszy obraz (bo książę Marcin samej już tylko chciał prawdy) wystawia trzech braci Lubomirskich, młodych i dorodnych mężów, którzy w przytomności licznych świadków, w obliczu Sieciecha, wojewody krakowskiego, siedzącego na ławicy sądowej, dzielą się dziedzictwem po ojcu; i ten dział urzędownie uczyniony dwóch pisarzów wojewody na pergaminie kreśli. To ich pismo od roku 1088, od panowania Władysława I, syna Kazimierza Mnicha311, przechowało się dotąd; i ponieważ jest najdawniejszym pismem urzędowym znanym w naszym kraju, którego powaga niezaprzeczona, książęta Lubomirscy bardzo się nim szczycą i mnie książę Marcin tłumaczenie jego z łaciny dał do przepisania. W tych jest słowach:
My, Sieciech312, wojewoda krakowski, wódz wojska, wiadomo czyniemy i oświadczamy, komu o tym wiedzieć należy, wszem wobec i na przyszłe czasy uznawać to potrzebującym, że kiedyśmy na ławicy sądowej zasiedali, przed nasze i zasiadających z nami oblicze przybyli znakomici rycerze herbu Srzeniawa: Joachim, Jacek i Przecław, Adriana, z Lubomira pana, chorążego krakowskiego, synowie, zdrowi na ciele i na umyśle; i za poradą życzliwą swych przyjaciół uznali, jako oni dobra niżej wymienione, prawem boskim i przyrodzonym ze spadku ojcowskiego na siebie przypadające, między siebie takim sposobem podzielili, to jest: Joachim wziął miasto Lubomir z przyległościami i dom w Krakowie, to którym ojciec ich zwykł przemieszkiwać. Pan Jacek zaś Lipie z przyległościami i 93 grzywien313 pieniędzy, które Mikołaj z Morawicy ojcu ich winien; pan Przecław Wieruszyce, podobnież z przyległościami; i będą odtąd w następne czasy każdemu z nich tak wydzielone ich dziedzictwa i w nich każdy panem i dziedzicem wraz z potomstwem swoim pozostanie, posiadać je będzie spokojnie, jak są oznaczone granicami swoimi; ani z nich który może mieć prawa jakie do majątku drugiego, lecz na swej części pozostawać ma on i następcy jego. Do czego w naszej obecności ciż Joachim, Jacek i Przecław obowiązali się nawzajem.
Dan w Krakowie dniem przed Oczyszczeniem N. Marii Panny314 roku Pańskiego 1088. W przytomności tych świadków: Jana z Wielopola, stolnika krakowskiego, Spytka z Zakliczyna, Szymona z Gajów, Andrzeja z Żydowa, dziedziców: Eustachiego i Rudolfa, pisarzów naszych.
Po obrazie tego działu następuje cały rząd portretów mężów z rodu Lubomirskich: jedni byli sławni w boju, drudzy znakomici w radzie, przymioty Srzeniawczykom właściwe; dlatego też ich pominę. Ale któż jest ta białogłowa, którą pierwszą wystawioną w obrazie tu widzę? To Zofia, zakonnica norbertanka; w szesnastym wieku żyjąca, wielką świątobliwością słynęła; leży już bez duszy na śmiertelnym łożu, a twarz jej nadobną jakaś jasność otacza: chorzy dotykają się jej ciała i są uzdrowieni. Obok niej portret wielkości naturalnej jej brata, Mikołaja, kanonika; trzyma w ręku księgę otwartą, której tytuł: „Hymeneus na weselu księżnej Ostrogskiej 1598 r.”. Miał być uczony i wiersze pisał gładko. Piękny jest obraz pod nim będący: przed ołtarzem Matki Boskiej klęczy małżeństwo; już 13 lat żyje Joachim z żoną swoją, Zofią Staszkówną, a jeszcze potomstwa nie mają; modlą się więc razem. Święta Dziewica uśmiecha się do nich i są wysłuchani: w kilka czasów315 rodzi im się syn Aleksander.
Widzę tu na drugiej ścianie wizerunek jego w ubiorze rotmistrza pancernej chorągwi. Ale Sebastiana, który kupiwszy Wiśnicz, tytuł hrabiego na Wiśniczu dla siebie i dla potomstwa otrzymał, aż w dwóch widzę obrazach: raz otaczają go księża, sieroty, ubodzy, studenci, a on im wszystkim stosowne dary sypie; drugi raz, w późnej starości, pięćset ludzi, własnym kosztem uzbrojonych, co więcej, dwóch synów swoich wysyła pod chorągwie Zygmunta III. Jednego z tych synów, Joachima, młodzieńca dwudziestoletniego, spostrzegam nieco dalej; ale jakże zmieniony! Ledwie siedzi o swej mocy na obozowym łożu pod uchylonym namiotem; gorączka śmiertelna go trawi, już prawie kona! Bratu, schylonemu nad nim, szablą, którą z pracą316 unosi, wskazuje nieprzyjaciół, z daleka się snujących; twarz jego i to ruszenie malują boleść widoczną, że nie wśród nich, nie od żelaza umiera. Szczęśliwszy brat jego Stanisław; to on, który może śmiercią Joachima poznawszy, jakie szczęście żyć dla ojczyzny i chwały, oddał się im zupełnie i tyle zasłużył, że gdy w czasie chocimskiej wyprawy wielki Chodkiewicz317 przeniósł się do wieczności, on hetmanem na jego miejscu ogłoszony został. Wystawił malarz tę chwilę, kiedy mu Polacy z radością buławę oddają; sam królewic Władysław ściska mu rękę i okazuje swym wejrzeniem, jaką ufność w nim pokłada; Litwini tylko niechętnie nań patrzą, a on, wskazując na czarnym kirem okryte zwłoki zeszłego hetmana, zdaje się mówić: starać się będę jemu wyrównać. I wyrównał, jak świadczą dzieje.
Przy innej zabawie318 wystawiony jeden z trzech synów jego, Aleksander, wojewoda krakowski, stały i w nieszczęściu Jana Kazimierza przyjaciel; on, długo nie mając dzieci, ślub uczynił, a gdy mu się potomek urodził, dopełnia go: w kaplicy Matki Boskiej w Częstochowie odważa tyle złota, ile syn jego nowo narodzony waży. Tego syna, Józefa, marszałka koronnego, widzę tu, gdy do ślubu młodą oblubienicę prowadzi; wdowa po księciu Wiśniowieckim, siostrzenica króla Jana, księżniczka Ostrogska i Zasławska, wielki majątek i znakomite pokrewieństwo w dom Lubomirskich wniesła; znajduje się osobny jej portret: więcej była bogatą niż piękną. Ale raz jeszcze wystawił malarz hetmana Lubomirskiego; w wieku sędziwym, siedzi na łożu, na którym już od 10 lat ciężka choroba go trzyma i ani radą, ani ręką ojczyźnie służyć nie pozwala. Czując się bliskim śmierci, cały swój majątek równo między trzech synów rozdzielił, trzy tylko rzeczy zostawił nad podział: namiot wzięty Turkom pod Chocimem, laskę marszałkowską i kamienicę w rynku krakowskim; dwie pierwsze, rysunek trzeciej leżą koło niego; on pokazuje je otaczającym go synom i jakby mówił: ten je dostanie, kto się ich godnością dokupi. Wszyscy na nie patrzą chciwie, ale w wydatnej twarzy Jerzego coś więcej jak w innych się maluje; on też później te wszystkie trzy rzeczy odziedziczył: laskę jako marszałek, namiot jako hetman, kamienicę jako starosta krakowski, a przez zasługi swoje w ojczyźnie, nieustraszone męstwo, niezgiętą stałość odziedziczył i sławę. Potrafili go jednak zawiśni319 poróżnić z Janem Kazimierzem, pomimo iż on tyle razy w sprawie tego nieszczęśliwego króla życie i majątek łożył; wyzuto go z honorów; rozgniewany, zebrał wojsko swoje, uderzył na królewskich i rozsypał ich. Widzę go jednak po tej wygranej składającego szablę zwycięską u nóg króla, który go z dobrocią przyjmuje.
Obok tego obrazu jest portret drugiej żony Jerzego, Barbary Tarłównej; ona wniesła w dom Lubomirskich ten Janowiec, w którym dziś piszę: na pamiątkę tego niemal w każdym pokoju jest jej wizerunek. Ale więcej chluby białogłowom tego domu przyniesła córka Jerzego i pierwszej żony jego, Ligęzianki, Krystyna; dwa razy ją też malarz wystawił; pierwszy obraz jest taki: wpośród panien i dziewcząt służebnych, siedzących nad robotą, stoi dziecina nadobna; twarz jej, z przyrodzenia żywa i wesoła, przemijającą powleczona jest posępnością; po nóżkach widać, że by chciały biegać, a tylko tupać mogą, bo dziecinę za jej psoty przywiązała do nogi stołowej poważna i sędziwa osoba, ciotka jej, księżna kanclerzyna Radziwiłłowa, i surowo na nią patrzy. Na drugim już co innego. Wyrosło żywe i niesforne dziewczę, a czytaniem ksiąg nabożnych, napomnieniami starszych zniewolona, klęczy sama w pokoju przed Matki Boskiej obrazem; zapał maluje się w jej pięknych oczach, z palca iglicą złotą przekłutego zbiera krew piórem i takim pismem poprawę i wieczną służbę przyrzeka. Dotrzymała słowa; wydana za hetmana Feliksa Potockiego, słynąca pięknością, wzorem była pobożności i cnót wszelkich; nie było nad nią zręczniejszej w robotach ręcznych, nie było bieglejszej w muzyce, a Bogu wszystkie te poświęcając zdolności, kościoły Jego zdobiła, o Nim i świętych Jego wiersze składała i śpiewała; dobrych jej uczynków ani wyliczyć można; klasztorów kilka założyła, a jej własny spowiednik życie jej szeroko napisał: mógł śmiało, bo same cnoty miał wyjawiać. Tak zacna siostra sławnego miała brata! Jest obraz jego w naturalnej wielkości, a pod spodem Katona i Salomona polskiego przydomki. Stanisław Lubomirski320 zasłużył na nie tak obywatelstwem, miłością ojczyzny, jako też rzadką mądrością; widzę przed nim stós ksiąg wielki: na jednej Przysłowia moralne, na drugiej Próżność i prawda, na innych nabożne tytuły, a nad nim wznosząca się sława wieńczy go laurowym i dębowym liściem, wielbiąc w nim pisarza i obywatela. I drugi brat Krystyny, Hieronim, także jej godzien; towarzysz Jana III, z nim tu wystawiony, kiedy pod Wiedniem przyglądają się oba wziętej Turkom Mahometa chorągwi, chlubna radość jaśnieje w oczach Polaków — wstyd, boleść i jakby zdziwienie, że żyć jeszcze po takiej stracie można, wyrażają twarze kilku schylonych jeńców tureckich, opodal stojących.