Ale szczególny obraz kończy ten zbiór szacowny (bo żyjących jeszcze książąt Lubomirskich późniejszy dopiero pędzel wystawi); oto wśród ogołoconego przez ziemię lasu niedźwiedź rozjuszony toczy walkę z dorodnym hajdukiem321; już zdaje się, że go ma pokonać, kiedy zastępuje z tyłu niedźwiedziowi młoda jeszcze niewiasta w myśliwskim ubiorze i dwie krócice322 przykłada mu do uszów. Z daleka widać konia przelęknionego, który z przewróconymi saneczkami pędem ucieka. Prosiłam o dokładne tego obrazu wytłumaczenie, bo mnie wielce zajął. Taka cała historia: Jedna księżna Lubomirska miała upodobanie w myślistwie; wyjechawszy raz na polowanie na niedźwiedzia, gdy wracała do domu jednokonnymi saneczkami z jednym tylko hajdukiem, rozjuszony przez strzelców niedźwiedź wypadł na nią; koń przelękniony saneczki wywrócił i uciekł z nimi; księżna i hajduk zostali wystawieni na zapalczywość dzikiego zwierza, ale wierny i odważny sługa, wymówiwszy tylko te słowa: „Mości księżno! pamiętaj o żonie mojej i dzieciach!” — rzuca się do niedźwiedzia na dwóch łapach ku nim idącego, chce z nim walczyć i pastwą nawet jego zostać, byle pani czas do ucieczki miała. Odważna Polka, godna tego imienia i poświęcenia się sługi, opuszczać go nie chce, owszem, zajmuje się jego obroną: dobywa parę krócic zza pasa, zachodzi z tyłu, przykłada je niedźwiedziowi do uszów i na miejscu zabija. Doprawdy, że jej tego czynu zazdroszczę... Nie ma, zdaje się, potrzeby dodać, że hajduk na całe życie z żoną i dziećmi dobrym bytem opatrzony został, mógł był nawet nie służyć, ale tak będąc przywiązanym, nie chciał pani swojej odstąpić do śmierci.
Ale już od chwil kilku słyszę hałas w zamku, już nawet słyszałam i głos księcia Marcina, jak z swymi psami rozmawiał; kocha ich i pielęgnuje jak dzieci, znany też jest w całej okolicy jako najlepsze charty mający; zagorzały myśliwy: prawdziwy post dla niego czas teraźniejszy, w którym się najzapaleńsi od łowów wstrzymują.
O! już potrzeba kończyć, już i koło tej sali chodzenie słyszę... już też piąta godzina.
Dnia 14 maja, we czwartek
Jeździliśmy do Opola na dni kilka i znowu nas książę Marcin do Janowca koniecznie sprowadził, żebyśmy świadkami byli ukończenia pałacyku; już z okien gabinetu mego zupełnie ukończonym się wydaje, bo wewnątrz tylko nie dostaje mu niektórych rzeczy. Wygrał zakład książę Marcin i nie wiem, co się to ma znaczyć, ale już kilka razy mówił do mnie, że już co ten wydatek, to wcale nie był na próżno, jak mu wiele takowych wymawiają, gdyż sowitej się spodziewa nagrody za koszta w tym celu poniesione; a odbierze ją za moją przyczyną. Doprawdy, że i samej siebie, i tego, co się koło mnie dzieje, pojąć często nie mogę.
Dnia 16 maja, w sobotę
A! już też prędzej śmierci mogłam się spodziewać jak zdarzonego wczora szczęścia. Królewic przyjechał, królewic jest tu; ten pałacyk, ten zwierzyniec, wszystko to dla niego, a raczej dla mnie; bo już trudno taić się: on mnie kocha, on nie mógł dłużej znieść mojej niebytności i książęta, chcąc mu się przypodobać, wynaleźli ten sposób zbliżenia go pozornie do przedmiotu tak niepojętego kochania. O Boże! do czegóż to mnie przeznaczasz?... Szczęście, wielkie szczęście, że już było ciemno, jak przyjechał; byliby wszyscy obaczyli mój rumieniec, moje pomięszanie, byłby i on zbyteczną radość w oczach moich obaczył. Jeszcze go nigdy tak dla siebie czułym nie widziałam; co to z tego będzie? na czym się ta miłość — już więc wymówione to wielkie słowo — skończy?... Dotąd udawałam zawsze, że nie rozumiem rzeczy dwuznacznych, które mi mówił, starałam się pilnie ukrywać to, co czuję; ale czyż tak dłużej potrafię? Osobliwie323 teraz, kiedy co dzień w każdej chwili widywać go będę, i to przez czas niemały, bo tu i królewice, bracia jego, zjadą: wielkie będzie polowanie na zwierza umyślnie na to sprowadzonego, a którego jeszcze nie zwieźli... Jakże utrudza i męczy ta nieustanna praca nad sobą, to ukrywanie uczuć, które gwałtem dobywają się z serca; ta niepewność przyszłości, ten dalszy los, który raz tak świetnym się wydaje, że się go aż lękać trzeba, drugi raz tak ponurym, że aż dreszcz przechodzi; ta bojaźń skryta, czy się nie błądzi, czy się źle nie czyni, wszystko to umysł w taki wprowadza odmęt, że rozpoznać myśli swoich nie zawsze można. Żebym przynajmniej komu zwierzyć się miała? Ale prędzej umrzeć jak słowo podobne księżnie powiedzieć; ona już dziś kilka razy napomykała, że szaloną byłaby ta, która by miłości królewica dała wiarę, i że jego żona będzie najnieszczęśliwsza. Książę, zdaje się, że zwierzenia mego unika; prawda, zawsze coś powie takiego, co mnie zachęci, w nadziejach utwierdzi; ale ufności mojej nie wzywa: zdaje się, że tyle polega na moim rozsądku i cnocie, iż mu się wydaje, że nie potrzebuję rady i sama najlepiej sobie poradzę; ani wypuszczę z rąk szczęścia, które mi niebo podaje, ani też najmniejszej nie popełnię płochości. Bóg więc jedyna ucieczka moja; dziś prawie noc całą na modlitwie spędziłam. On mnie oświecić, poprowadzić raczy. O! jaka szkoda, że tu księdza Bodue nie ma!
Dnia 18 maja, w wieczór
Mamże wierzyć temu, co się stało? Temu, co się stanie? Ja, Franciszka Krasińska, nie żadna nawet księżniczka, ja będę żoną królewica, księżną kurlandzką, a może kiedyś i czym więcej?... ja tak od niego kochana, że dla mnie zapomina o ojcu, o nierówności stanów naszych, o wszystkim. O Boże! mocny Boże! czy tylko mi się to wszystko nie śniło? Prawdaż to, żeśmy pojechali dziś wszyscy po obiedzie do zwierzyńca. Księżna, wchodząc na schody, źle stąpiła i zostać w pałacyku musiała z panną respektową, która zawsze i wszędzie z nami, a książęta, on i ja poszliśmy chodzić po lesie; książę Marcin zatrzymał się, żeby pokazać księciu wojewodzie przygotowania do łowów, królewic powiedzieł, że chodzić woli, i wziął mnie pod rękę. Długo milczał, jam dziwiła się temu, bo zawsze wiele zwykł mówić, szczególniej też ze mną; nareszcie zapytał się, czy nigdy zrozumieć nie zechcę, do kogo on tu przyjechał i po co. Zwyczajem moim odpowiedziałam, że zapewne do księcia Marcina, dla zabawy polowania, którą tak lubi. A on, już ani tając się, ani dwuznacznie tłumacząc, jak najwyraźniej oświadczył, że przyjechał jedynie dla mnie i po szczęście całego życia... Zdumiałam się na te słowa. „Gdzieżby to być mogło — wyrzekłam. — Książę, czy zapominasz, czym jesteś, czym być możesz? Królewny dla ciebie... „Ty królową moją — zawołał z zapałem — tyś naprzód wdziękami zajęła te oczy, a potem skromnością i cnotą opanowałaś serce. Nawykłem do tego, że mnie szukały inne kobiety, skorom przemówił do nich. Ty jedna, luboś mnie może więcej od tamtych kochała, unikałaś mnie zawsze, zgadywać trzeba było, co czujesz. Tyś godna pierwszego tronu świata i jeśli królem polskim być pragnę, to tego najwięcej, bym to piękne czoło koroną uwieńczył...”
Jakże ja nie mam myśleć, że mi się to wszystko śniło?... Kiedy, osłupiała, odpowiedzi znaleźć nie mogłam, książęta zbliżyli się do nas. „Was i niebo biorę za świadków — wyrzekł królewic — jako innej żony mieć nie chcę, tylko tę Franciszkę Krasińską, stojącą tu przed wami; dla okoliczności łatwych do zrozumienia żądam sekretu do pewnego czasu, wy tylko o miłości i szczęściu moim wiedzieć będziecie, a kto mnie wyda, za nieprzyjaciela go poczytam...” Książęta kłaniać mu się zaczęli, mówić o wielkim zaszczycie, zapewniać, że ukryją tajemnicę; szepnęli mi oba do ucha: „Godnaś tego!” — i nieznacznie odeszli.