Jam jeszcze stała zdumiona, ale nareszcie trzeba było oczywiście uwierzyć, trzeba było odpowiedzieć czułym królewica wyrazom; musiałam nawet wymówić, że go kocham, i to od dawna; i zdaje mi się, żeć można uczynić takie wyznanie przyszłemu mężowi. Mężowi? znowu odchodzę od siebie; czy nie czary to jakie?... Ale co słyszę? Północ bić będzie na zamkowym zegarze, jeśli to sen albo czary, mówią, że moc ich o tej godzinie się kończy i znika... Słuchajmy... Już wybiła dwunasta, a nie skończyło się szczęście moje, nie znikła wielkość... A ten pierścionek odmieniony cóż by znaczył? Miałam od Basi pierścionek z złotego węża, w Sulgostowie mi go dała; uważał go królewic: taki sam zrobić kazał; wyryto w środku „Na wieki!” i wziął mój, a ten mi włożył. Tych skromnych zaręczyn naszych drzewa i słowiki jedynymi świadkami były... I ja tego wszystkiego nikomu, księżnie nawet, powiedzieć nie mogę; ani Basia, co więcej — ani Państwo o tym nie wiedzą. Nie poświęcił ksiądz żaden tych pierścionków, nie ojciec kochany przyszłemu małżonkowi mnie oddał, nie pobłogosławiła mi matka!... O, już teraz wierzę!... nie sen to ani czary; żal serce ścisnął, łzy obfite i gorzkie z oczów mi płyną... prawda!... wszystko prawda!
Dnia 25 maja, w poniedziałek, 1760, w Janowcu
W tak ciągłym byłam omamieniu, tak przeznaczeniem moim, tym, co jest, tym, co kiedyś będzie, odurzona, że nie wiem, czy to moja, czyby też polskiego języka wina? ale nie stawało mi wyrazów do opisania tego wszystkiego, jak by należało. Tydzień minął, ani jednego słówka nie nakreśliłam w moim dzienniku; a był to tydzień takiego niepojętego szczęścia, tak godzien wspomnienia! I we środę, i przedonegdaj, i wczora brałam pióro w rękę; zawsze tyle się natłoczyło myśli i uczuć, iż nimem ładu z nimi doszła, nimem stosowne znalazła wyrazy, czas z trudnością na to upatrzony upłynął i wstać trzeba było od stolika. Dziś pierwszy raz uderzyła mnie myśl okropna, że to szczęście moje podobno uleci, i dziś pisać mogę. Dziwna rzecz, bojaźń i smutek miałyżby mieć więcej słów od szczęścia?... Królewice Klemens i Albrycht przyjechali tu we czwartek; w tenże sam dzień zwierza dzikiego ze wszech stron nazwożono; przez piątek i sobotę polowanie się odbywało; dziś dwaj królewice wyjeżdżają, jak mi pokojówka oznajmiła to przed chwilą, i mnie dziś pierwszy raz ta myśl uderzyła, że i on odjechać może...
Przez ten tydzień cały, omamiona obecnym i przyszłym szczęściem, zajęta staraniem ukrywania go przed obcymi, wreszcie po raz pierwszy w życiu grająca rolę gospodyni domu (bo księżnie od tego stąpienia tak noga spuchła, że aż w łóżku leży, i ja zastępować ją muszę), nie miałam bynajmniej czasu myśleć o tym, co nastąpić może; i nie wiem doprawdy, czym myślała, że to już rzeczy tak zawsze zostaną? Czy też podobno nie myślałam wcale; ale to wiem, iż bojaźń i smutek zupełnie mi wyszły z pamięci. Dziś, jakby ze snu tymi słowami pokojówki obudzona, czuję nieznośne udręczenie. Cóż to będzie, jak królewic pojedzie? Z jakąż ja myślą usnę? Z jaką się obudzę? Po co wstanę? Dla kogo się starownie324 ubiorę? Kim, czym przez dzień cały zajętą będę? Ani wiem, ani wystawiam sobie, ani pojmuję... aż mi niedobrze... okno otworzyć muszę. — A!... Oddycham, lepiej mi teraz; choć dopiero szósta godzina, już postrzegłam w oknie pałacyku, w tym pokoju, gdzie on od przybycia braci mieszka, powiewającą chustkę białą. Taki co rano znak na dobry dzień mi daje; nie przyznam mu się nigdy do tego, broń Boże! iż dopiero raz jeden znak ten już zastałam wstawszy; nie chcę go zawstydzać, żem od niego ranniejsza...
Ale któż to tak pędem, perspektywą przez las wyciętą, na koniu jedzie? Może on? Nie, to strzelec ulubiony jego; zapewne z bukietem dla mnie: wiem, że po niego o mil kilka do jakiejś oranżerii posyłał. Czegóż ja się też troszczyłam? Po co te obawy? On tu jest jeszcze; od nikogo nie słyszałam, żeby miał wyjeżdżać; może wcale nie pojedzie, a przynajmniej nie tak prędko; ani wątpić, będę jeszcze miała i drugi, i trzeci, i czwarty takiego szczęścia tydzień. Wszak na pierścionku napisać kazał „Na wieki”. Ten pierścionek jakże mi drogi!
Dnia 27 maja, we środę
O nie! Skończyło się na jednym tygodniu szczęścia! A już widzę, że pamięć jego wszystkie następne w porównaniu z nim czarne i posępne uczyni! Ale bo to najgorzej, kiedy się od poniedziałku źle darzyć zacznie. Te słowa pokojówki były pierwszymi, które usłyszałam w ten tydzień, i odtąd same złe nowiny słyszę. Zaraz tego dnia dowiedziałam się z pewnością i od strzelca, który mi bukiet przywiózł, i od samego królewica, że wyjechać wkrótce musi; zaledwie pod różnymi pozorami trzy dni po braciach miał tu bawić, te jutro dopiero się skończą, a on już dzisiaj wyjeżdża. Król przysłał w nocy sztafetę325 z rozkazem, żeby wracał jak najprędzej; pojechał raz jeszcze do pałacyku, bo tam ważnych papierów zapomniał; za pół godziny wróci, a potem pojedzie. Sam nie wie, kiedy się zobaczemy. Ach! Czemuż to dni szczęścia krótsze są od innych?
Dnia 7 czerwca, w niedzielę
Już blisko dwa tygodnie, jak królewic pojechał, dwóch posłańców było od niego, dwa liściki wsunął do mnie pod kopertę księcia wojewody. Ale cóż to jest list? jakże to w nim słów i rzeczy mało dla tych, którzy rozmawiać, wszystko sobie zwierzać przywykli; których szczęście być razem, patrzeć na siebie. I czytam je, i odczytuję, zawsze toż samo. List tak mało zastąpi rozmowę jak portret osobę; zostawił mi swoją miniaturę królewic, dosyć podobna: ale cóż mi z niej? Ja mam twarz jego jeszcze podobniejszą w pamięci wyrytą, a ten portret zawsze jednakowy, ani mówi, ani się uśmiecha, ani patrzy na mnie. A nadto jakże to czczą326 rzeczą jest list, na który odpowiedzi dać nie można, to istna z niemym rozmowa; bo co już tego, to przenieść na sobie żadnym prawem nie mogłam: zdawałoby mi się, że mi ręka uschnie, gdybym bez wiedzy ciotki, rodziców, starszej stiostry do kochanka jednę literę napisała; powiedziałam królewicowi, że listu ode mnie mieć nie będzie, dopóki żoną jego nie zostanę, i choć Bóg jeden wie, ile mnie to kosztuje, dotrzymam słowa... O! jakże po wyjeździe jego dzień każdy był nieznośny... Z początku jak błędna, jak osłupiała chodziłam; byłabym chciała jakim cudem przespać czas jego niebytności... Mamże powiedzieć, co mnie z tego letargu obudziło? Księżna nagle zapadła w skutku tego nieszczęsnego stąpienia; nie umiano się obchodzić z tą nogą od razu, spuchła i zaogniła się tak mocno, że księżna dostała gwałtownej gorączki i przez trzy dni była bardzo źle. Ani wyrazić potrafię, co się ze mną przez te trzy dni działo! Nie sądziłam, żebym o czyje zdrowie, prócz o zdrowie Państwa, sióstr i jego, tak niespokojną być mogła.
Przez te trzy dni nie tęschniłam do królewica, co więcej — prawie rada byłam temu, że go nie ma; bo w jego przytomności327 nie byłabym mogła tak zupełnie zająć się księżną. Myśl, że ona umrzeć może, w rozpacz mnie wprowadziła, bo pomimo tego wszystkiego, co książęta, co królewic co dzień mówili mi i mówią, ja znam328 dobrze, że ją milczeniem moim obrażam, i ta myśl trucizną jest dla mnie, bo nie ma zgryzoty nad zgryzoty sumienia. Od samego początku cieszyłam się jedynie nadzieją, że przyjdzie dzień, w którym i jej, i Państwu, i kochanej siostrze do nóg upadnę i mimowolny błąd wyznam; przez te trzy dni, kiedy w niebezpieczeństwie była, ta nadzieja za każdą chwilą spełznąć mogła. Ach! cóż by się natenczas ze mną stało? Opanowała mnie także, nie wiem skąd, ta myśl sroga, że i Państwo już niemłodzi, że i ich nagła choroba, śmierć zaskoczyć może. Piekielne męki przez te trzy dni wytrzymałam; księżna zdrowsza, z Maleszowej były dobre wiadomości: ożyłam.