Od kilku dni gościmy w Warszawie; z jakąż radością zbliżałam się do niej, jak mi się piękną zdawała! Tu królewica obaczę, w ostatnim liście zaręczył mi, że na pierwszego października przyjedzie: to za tydzień; gdyby też nie ta nadzieja, uschnąć by trzeba, a w Warszawie sto razy mi gorzej jak na wsi. Te wizyty, te asamble334, te ubiory, które dawniej tyle mnie bawiły, dziś nieznośne mi są; zdaje mi się, że każdy tajemnicę moję z mych oczów czyta, ale w zły jakiś sposób, bo jakby sobie szydzili ze mnie, osobliwie też białogłowy. Jedna tak mi dopiekła wczora pytaniami, troskliwością swoją, że już łzy na doręczu335 były; a działo się to w obliczu pięciudziesiąt osób; nie wypiszę jej nazwiska, rada bym go i z pamięci wytrzeć, gdyż wielką mam skłonność do nienawidzenia jej; a tego uczucia by mi też jeszcze do zupełnej niedoli potrzeba. Książę wojewoda ulitował się nade mną i w pomoc mi przyszedł; niech mu Bóg stokrotnie tę dobroć zapłaci: zginęłabym już od dawna, gdyby nie on; zawsze w najtrudniejszym razie ratuje mnie; to tylko bieda, że wcale zmartwieniom moim nie daje wiary i kiedy się przed nim użalać chcę, on mnie dzieckiem zowie; już mu nigdy nic nie powiem.
Dnia 1 października, we czwartek
Przyjechał, widziałam go, zdrów, ale cóż? Widziałam go przy licznych świadkach i kiedy bym była chciała wybiec naprzeciw niego na dziedziniec, trzeba było czekać spokojnie przy stole, aż wejdzie do pokoju, z księstwem się przywita, i ukłonić mu się niziuteńko. To przynajmniej dobrze, że przyjechał i że zdrów; wszystko weselszym mi się wydaje, wszystko dobrze będzie.
Dnia 20 października, we wtorek
O Boże! jakież ja to słowa wyrzekłam przed chwilą! Jakąż obietnicę dałam! Cóż to się stanie za dni kilkanaście? czwarty listopada jakiż to dzień będzie? to imieniny królewica, i jakiegoż on wiązania336 się domaga? Oto ręki mojej; zaklął mnie na Boga, na rodziców, powiedział, iż zwątpi o moim przywiązaniu, jeśli tego nie uczynię: zmiękczona łzami jego, zachęcona naleganiami księcia wojewody, obiecałam i już obietnicy mojej żałuję, ale on jakże szczęśliwy odszedł. Jednak i królewic musiał coś uczynić dla mnie: chciał naprzód, żeby się to wszystko odbyło bez wiedzy Państwa, tylko z wiedzą książąt Lubomirskich; już to temu oparłam się zupełnie; powiedziałam mu wyraźnie, że wolałabym daleko odrzucić miłość jego, zakonnicą zostać; pozwolił więc napisać do Państwa i obiecał przypisać się do mego listu. Przyznam szczerze, że obraził mnie tym nieco; wszak to zawsze kawaler pokornie prosi rodziców panny o jej rękę; prawda, kawaler, ale nie królewic: dziś pierwszy raz uczułam z przykrością różnicę, jaka jest między nami, i to, że on łaskę mi robi żeniąc się ze mną. Była chwila, w której odezwała się polska duma, cofnąć się chciałam, wszystko zerwać, ale już było za późno, jużem dała słowo. Teraz pisać do Państwa trzeba, wyznać im tak długo tajoną miłość, taką ich obrazę, takie przestąpienie ufności i uszanowania, jakie dziecię każde rodzicom winne. O Boże! Wielki Boże! Natchnij mnie! Dodaj siły! Nie wiem, czy ten winowajca, którego przed sąd prowadzą, może więcej drżeć ode mnie? Czy nieszczęśliwszym być może?
Dnia 22 października, we czwartek
Już pojechał zaufany pokojowiec księcia wojewody do Maleszowej; ja dosyć byłam kontenta z mego listu, ale królewic go zganił: powiedział, że zbyt pokorny, i ja bym też miała ochotę zganić nawzajem przypisek jego i powiedzieć, że zbyt królewski; ale mi książę usta zamknął. Jaka też będzie ich odpowiedź? Czasem mi się zdaje, że nie pozwolą; bo dziwna rzecz, iż od jakiegoś czasu wszelka duma, wszelka próżność znikła z serca mego: to mi zdaje się niczym, że on jest królewicem, księciem kurlandzkim, że królem polskim być może; to wszystkim, że on zezwolenia ojca, ja błogosławieństwa rodziców nie mam. Jedna rzecz przynajmniej nieco mnie pociesza: Bóg natchnął mnie myślą, żeby prosić, czy by nasz proboszcz maleszowski nie mógł tu przyjechać i dać nam ślubu. Książę powiedział, że to uczyni; będzie przynajmniej jakieś wyobrażenie rodziców, jakiś cień przyzwoitości. Jakże mi teraz często los Basi w pamięci staje! Ja myślałam, że ona mi mało życzy, a ona mi wiele życzyła, kiedy powtarzała: „Obyś tylko tak była jak ja szczęśliwa!”
Dnia 28 października, we środę
Jest list od Państwa, zezwalają, życzą nam szczęścia; ale w ich błogosławieństwie nie ma tej czułości, której Basia tyle doznała, i słusznie: jam na nią nie zasłużyła. Królewic spodziewał się osobnego do siebie listu, nie ma go; obraził się tym cokolwiek i wiele mówił z księciem o dumie niektórych panów polskich. Już przynajmniej szczęśliwam z tego, że Państwo wiedzą o wszystkim: kamień spadł mi z serca; obiecali dochować sekretu, póki ich sam królewic nie uwolni; w ich wyrazach przebija nieco radości i zdziwienia nad związkiem tak zaszczytnym, ale szczególniej w słowach kochanej matki jest jakiś żal rozlany; te mnie najmocniej dotknęły: Jeśli będziesz nieszczęśliwa — mówi do mnie — nam swego nieszczęścia przypisać nie będziesz mogła; jeśli zaś (o co Majestat Boski błagać nie przestanę) szczęście w tym postanowieniu znajdziesz, rodzice cieszyć się nad tobą będą; ale nie tyle, co nad innymi córkami, boś im nie dozwoliła pociechy przyłożenia się w czym do szczęścia twego. Już prawie tych słów w liście Państwa nie znać, tylem łez nad nimi wylała; w sercu zostaną na wieki. Proboszcz przyjedzie, od dziś za tydzień już będzie po wszystkim. Książę o indult337 się wystara; sekret dochowuje się dotąd wybornie, mnie samej wierzyć się nie chce, że ja panną młodą wnet będę: żadnych przygotowań do wesela; wszystko cicho, głucho, toteż wesela nie będzie! Mój Boże! na tydzień przed ślubem Basi co się to działo w maleszowskim zamku! Żebym przynajmniej królewica co dzień widywać mogła, ale czasem i dwa dni miną bez widzenia go. Boi się niezmiernie obudzić troskliwość króla, a bardziej jeszcze Brühla, więc i w publicznych miejscach mnie unika, i u księstwa rzadziej bywa. Tak się też to dobrze udaje, że wczora na wieczorze u pani Moszyńskiej, którą bardzo kocham, usłyszałam przypadkiem taką rozmowę. Jakiś pan mnie nie znany mówił do drugiego: „Ale starościanka Krasińska dużo spaszowała338. „Nic dziwnego — odpowiedział tamten — wszyscy mówią, że pannie książę kurlandzki zawrócił głowę, on zaś kogo widzi pięknego, to kocha; oto i teraz udaje się do krajczyny, i schnie niebożątko”. Chociaż wiem, że królewic tak umyślnie dla niepoznaki robi, zimny dreszcz przeszedł mnie na te słowa; wreszcie jakże przykro pannie uczciwej być żarcików celem!... I nikogo, przyjaciółki żadnej, żeby jej się zwierzyć, rady zasięgnąć. Pokojówkę, którą dotąd miałam, głupiuteńką (bo nie domyśla się niczego), książę aż gdzieś do Litwy odsyła, a za dni kilka mam mieć jakąś dobrego urodzenia pannę służącą, mężatkę, już w wieku bardzo do rzeczy, ale której nie znam wcale. Nie mam nawet z kim się naradzić, jak się ubrać do ślubu. Pytałam się księcia, on mi powiedział: „Jak co dzień”. O! Jakże dziwne przeznaczenie moje? Robię najświetniejszą partią w całej Litwie i Koronie, a córka mojego szewca świetniejszą mieć będzie wyprawę i wesele.