Już stało się, jużem żoną królewica: on mnie, ja jemu przed ołtarzem, przed Bogiem, nie ma temu, jak godzina, wieczną przysięgli wiarę i miłość. Okropny jednak był ten ślub! Z takim strachem, tak nagle! Jeszcze drżę cała i myśli moich rozpoznać nie mogę... Już dwa dni nie widziałam była królewica; udawał chorego na mocną fluksją339, krokiem nie wyjeżdżał z domu i na dziś od obiadu u księcia prymasa i u posła hiszpańskiego, od balu u pana hetmana się wymówił... Pokojówkę moję onegdaj odesłano, a wczoraj przybyła owa panna, która księciu przed krucyfiksem zatajenie wszystkiego, co widzieć będzie, przyrzekła... Dziś o piątej rano zastukał do drzwi moich książę wojewoda; już byłam ubrana i na nogach od dwóch godzin. Udało nam się wyjść cichuteńko, królewic i książę Marcin czekali u bramy; wiatr był niezmierny, ciemno zupełnie, szczęściem przynajmniej, że deszcz nie padał. Poszliśmy piechotą do karmelitów, pojazd byłby narobił hałasu; to kościół najbliższy; tam nas czekał poczciwy proboszcz; choć tak blisko, gdyby nie królewic, byłabym kilka razy upadła. A w kościele jakże okropnie! Cichość i ciemność grobowa, na ubocznym ołtarzu świec tylko dwie, nikogo prócz księdza i zakrystiana; rozlegał się odgłos naszych kroków jak gdyby w odludnej jaskini. Nie trwała ceremonia i dziesięciu minut; ledwie się skończyła, jak gdyby nas kto gonił, uciekliśmy z kościoła. Królewic odprowadził nas do bramy; książę Marcin gwałtem prawie go przymusił, żeby odszedł i wrócił do swego pałacu, bo stał długo i odejść nie chciał.
Ubiór mój był codzienny, nawet nie biały; gałązkę tylko rozmarynu wetchnęłam naprędce we włosy; wczora, przypomniawszy sobie ślub Basi, sama nagotowałam sobie ze łzami dukat, kawałek chleba, trochę soli i cukru, ale dziś z wielkiego pośpiechu tego wszystkiego wziąść zapomniałam. I teraz jestem znowu w moim pokoju, nikt mi nie winszuje, nikt nie błogosławi, wszyscy śpią; dnieje, a świeca się pali, jakby przy umarłym, i gdyby nie ten dreszcz zimny, którego się od wczora pozbyć nie mogę, gdyby nie ta złota obrączka, którą niedługo zdjąć i schować wypadnie, nie wierzyłabym, że jużem na wieki z królewicem złączona, że wracam od ślubu, żem jest panną młodą.
Dnia 24 grudnia, w poniedziałek, w Sulgostowie
Już nie miałam pisać wcale dziennika: pozyskawszy dozgonnego przyjaciela, któremu wszystkie myśli zwierzałam, nie widziałam nawet potrzeby pisania go, ile że królewic (bo już podobno tak go całe życie zwać będę) nie umie tak dobrze po polsku, żeby go mógł czytać i rozumieć; ale od dwóch dni los srogi, który mnie ciągle prześladuje, oderwał mnie od ukochanego męża. Bóg wie, kiedy się znowu z nim złączę, trzeba do dawnego wrócić powiernika! O! jakże te dni ostatnie były okropne! co wypadków! co ciosów! Prawdziwa Opatrzność Boska, żem nie dostała zupełnego pomięszania zmysłów. Jednak tu przyjechawszy tak byłam dziwna, że gdym Basię i jej męża do osobnego pokoju wezwała, gdym im zaczęła opowiadać, że mnie księżna wojewodzina z domu swego wypędziła, żem ja niewinna, że jestem żoną królewica, nieboga siostra, nie wiedząc o niczym, zdumiała; przestraszona, chciała biec po ludzi, po ratunek, bo przekonaną była, że mam wariacją. Teraz, kiedym im wszystko opowiedziała, kiedy wszystkiemu uwierzyli, ich rozsądek mnie rozum przywrócił i może potrafię tu zapisać tę straszną przygodę. Jak kiedy Bóg pozwoli, iż zupełnie szczęśliwą i spokojną będę (o czym wątpię, żeby to kiedy już nastąpiło), miło mi będzie odczytać te dawnych prześladowań losu opisy, chociaż najdoskonalsze szczęście nie potrafi wymazać ich z pamięci.
Już szósty tydzień od okropnego dnia ślubu naszego się skończył; król, dwór, Warszawa cała, nikt w domu nawet ani się domyślał tego, co się stało, ja zawsze, jak i dziś jeszcze, starościanką Krasińską od wszystkich zwana, królewic nigdzie prawie nie uczęszczający pod pozorem zdrowia, nasze nieczęste schadzki przez księcia wojewodę ułatwiane i jemu tylko wiadome. Ale tydzień temu królewic wyjeżdżać zaczął i jak dawniej i księstwu oddał wizytę. Byłam natenczas w pokoju, pierwszy raz od dnia, jak mężem moim został, widziałam go w przytomności obcych; nie mogłam ukryć pomięszania, nie mogłam nie spojrzeć na niego mile, i księżna to postrzegła. Gdy odjechał, nie szczędziła łajań, napomnień, słów przykrych; ja, pewna niewinności mojej, odpowiedziałam zbyt hardo; nieszczęsna, dałam nawet do zrozumienia, że nie płocha340 miłość z królewicem mnie wiąże, i ta odpowiedź przyczyną się stała całego nieszczęścia.
Księżna przez dzień następujący niezmiernie była pomięszana, nazajutrz królewic znowu przyjechał; miał mi jakąś dobrą nowinę donieść; pewny, że dnia tego nie będzie mógł mówić ze mną na osobności, bilet napisał, a bawiąc się z koszyczkiem moim od roboty, wsunął go zręcznie. Nie uszło to bacznego oka księżnej, ledwie wyszedł, porwała koszyk, a przeczytawszy na bilecie podpis: „Pour ma bienaimeé”341, już nie mogła gniewu położyć granic; nie wiem, jak mnie nie zabiły na miejscu jej słowa, bo mnie nazwała zakałem, hańbą, wstydem rodu Krasińskich; bo mi powiedziała, że ojca i matkę w grób wpędzę. „Ale nie udadzą ci się te fortele — dodała jeszcze (gdy ja, wskroś przejęta tym obelg nawałem, mogąc usprawiedliwić się jednym słowem, milczałam jednak, bom mężowi milczenie przyrzekła) — nie udadzą ci się, zapobiegłam ich skutkom; oto kopia listu, który dziś rano Brühlowi posłałam: w nim uwiadamiam go, że uczciwość i honor nad wszystkie familijne przekładając związki, nad wszystkie wielkości widoki, mam sobie za święty obowiązek donieść mu, że królewic w tobie się kocha; błagam go, by wyrwał księcia z tych sideł, czynił, co mu się zdawać będzie, byle przerwał tę miłość, póki czas jeszcze, byle mnie usprawiedliwić, żem do tej podłej intrygi nie należała i chyba zbytecznym zaufaniem w cnocie własnej siostrzenicy zgrzeszyłam! Tak o wstydzie twoim i szalonej dumie może już teraz i król uwiadomiony! „Król! — krzyknęłam odchodząc zupełnie od siebie na te słowa — niechże mu nikt nie powie, żem ja jego żoną!” A klękając przed księżną, z wielkim płaczem i łkaniem ściskałam jej kolana. „Żoną? — powtórzyła za mną — żoną? byłażebyś żoną królewica?”
Na to zapytanie objęłam dopiero myśl okropną, iż zdradziłam tajemnicę; przelękniona, widząc już także przed sobą rozgniewanego męża, zdało mi się (znając szczególniej, z kim miałam od czynienia), że cały ratunek jest tylko w zupełnym wyznaniu. Zawsze więc u nóg księżnej, wyznałam jej wszystko, błagając o darowanie i o sekret przed światem całym. Bądź obrażona tak późnym i wymuszonym zwierzeniem się, bądź mając żal do samej siebie za porywczość swoję, a nie chcąc go przyznać, zdziwiła ją, lecz nie ułagodziła mowa moja. Prawda, wstać mi kazała, mówiąc, że nie przystoi342 tak wielkiej pani czołgać się u nóg czyich; przepraszała mnie, iż nie wiedząc o godności mojej, uchybiła mi nieraz, ale ręki pocałować nie dała; a pod tym błahym pozorem, że dom jej niegodzien być królewicowej, księżnej udzielnej, przyszłej królowej polskiej, przytułkiem, natychmiast wszystko do odjazdu mojego przygotować kazała. Potrafiłam się wstrzymać od najmniej przykrego słowa, za co Bogu dziękować wiecznie będę; bo jakżeby dla słów kilku tyle dowodów przywiązania zapomnieć! Z uległością szesnastoletniej panienki przysposabiać się do podróży zaczęłam, lubom wcale nie wiedziała, gdzie jechać.
Nie wiem, czy ja, czy księżna wspomniała na szczęście Sulgostów; marszałek, który przyszedł po rozkazy pani swojej, usłyszał to słowo i w chwili jednej w przedpokoju i w garderobach ułożono, że ja do Sulgostowa na święta Bożego Narodzenia jadę. Szczęśliwa z tego wniosku, potwierdziłam go; napisałam tylko długi list do królewica na ręce księżnej, okazałam mu potrzebę zwierzenia się siostrze i szwagrowi i nie wyszło dwóch godzin, a zamknięta w karecie z panną moją, jechałam śpiesznie, ledwie wiedząc, co się dzieje ze mną. Dopiero zobaczywszy Sulgostów, przyszło mi na myśl, jak ja to wszystko siostrze i szwagrowi powiem. I nic nie wymyśliwszy stanęłam przed ich pałacem; dlatego też Basia za wariatkę mnie wzięła. Już teraz tak dalece przyszłam do siebie, żem się nawet z tej imaginacji343 wraz z nią dziś śmiała; ale przez dwa dni śmiechu nie było i teraz jeszcze nie bardzom do niego skora, bo żadnej od królewica nie mam wiadomości: zapewne go strzegą. Kamienne prawdziwie mam zdrowie, że mi te wszystkie wzruszenia mało co szkodzą; druga delikatna osoba mogłaby i śmierć połknąć, nim by się owego szczęścia doczekała. Czy i ja doczekam go kiedy? to wielkie pytanie. Te nadzieje swobody i wielkości spełniąż się kiedy? Będęż ja kiedy pędziła dni spokojne obok ukochanego męża, jakie Basia pędzi? — O nie! to nie dla mnie!...
Dnia 30 grudnia, w niedzielę
Jadę do Maleszowej, może tam lepiej niż tu mi będzie; Basia miała także jechać, ale ponieważ znowu spodziewa się słabości, mąż jej nie pozwala jechać. Miałam list od królewica, w rozpaczy, żem wyjechała, w gniewach na księżnę, w obawie wielkiej, czy Brühl wszystkiego nie odkryje. Ja koniecznie potrzebuję stąd wyjechać; tak jestem nieszczęśliwa, że obraz powodzenia ukochanej siostry trucizną jest dla mnie. Ten jej dom tak dobrze urządzony, te starania, ta miłość familii mężowskiej, te dowody nieustanne przywiązania Państwa, troskliwość o jej zdrowie, ta Anielka taka przedziwna344, która ją tak kocha, z której ojciec taki szczęśliwy: to wszystko rozdziera mi serce; a jednak Bóg widzi, jak serdecznie siostrę kocham, jak gorąco się modlę, żeby zawsze tak szczęśliwą była. Może gdy usłyszę z ust kochanych rodziców słowa przebaczenia, może gdy ich nogi ucałuję, spokojniejszą będę; może też rok z nimi zaczęty równie szczęśliwy będzie jak owe lata, które niegdyś tak swobodnie w Maleszowej płynęły.