Dnia 5 stycznia 1761 r., maleszowskim zamku
Już tu jestem od dni kilku i podobno pojutrze wrócę do Sulgostowa, bo tu jeszcze gorzej. Nie dlatego, żeby mnie Państwo źle przyjąć, źle traktować mieli; owszem, bardzo są na mnie łaskawi, ale tu czuję mocniej niż gdziekolwiek, jak świetny jest los mój w imaginacji, jak nędzny w istocie. Mała na przykład rzecz na pozór, ale niesłychanie dotkliwa: przyjechałam do rodzicielskiego domu prawie po dwóch latach niebytności, a żadnego gościńca345 nie przywiezłam młodszym siostrom ani nikomu. Pieniędzy wcale nie mam; panną będąc nie potrzebowałam ich, księżna na wszystko łożyła, mnie tylko do ręki co miesiąc dwanaście tynfów346 dawała; na styczeń już i tego nie dostałam, a wolałabym umrzeć jak królewica albo Państwa o pieniądze prosić; im też to jakoś do głowy nie przychodzi, muszą wzajemnie myśleć, żem w nie dostatecznie opatrzona347. Basia, prawda, jak od sakramentek wróciła, chociaż mniej jeszcze ode mnie pieniędzy miała, niemal każdemu jakiś podarek przywiezła; ale z nią wcale348 było co innego: ona sobie była młodziuchną panienką, niczym nie miała ani zajętej, ani nabitej głowy i sama swymi rękami moc drobnostek narobiła. Ja, choćbym była wiedziała, że tu przyjadę, nie miałabym była do podobnej pracy ani czasu, ani głowy, a kto wie, może i ochoty. Wystawiałam sobie zawsze, że jak do maleszowskiego zamku po ślubie zawitam, każdemu z dworzan i dworskich sypnę po królewsku; chłopki nawet miały dostać piękne czepki, dziewki wstążki, gospodarze czapki, a parobcy pasy; a tu na to wszystko złamanego nie mam szeląga. O! co się też to w tej głowie uwijało; jakże prawda mało do tych marzeń podobna!...
Od tego czasu jak tu jestem, jeszcze oczów z łez nie osuszyłam. Państwo tak szczególnie mnie witali; jam do ich nóg rzucić się chciała i tak by mi dobrze tam było, a oni nie pozwolili i Jmć Dobrodziej jakby obcej niziuteńko mi się kłaniał. I teraz jeszcze wstaje, jak ja wchodzę, nie usiędzie blisko przy mnie, i ten pierwszy hołd uszanowania królewicowskiej godności mojej oddany srogą boleść mi sprawia. O! jeśli wszystkie hołdy i honory takie gorzkie będą, wolałabym prostą być szlachcianką!... Przy pierwszym obiedzie, który razem jedliśmy (i który, jak mi z przykrością uważać przyszło, niespokojną czynił Jmć Dobrodziejkę, czy dosyć dobrym będzie), szepnął mi do ucha: „Mógłbym kazać stoczyć, niby na próbę, butelkę wina z beczki panny Franciszki; przykro mi go nie skosztować przy pierwszym obiedzie, ale zwyczaj jest, że pierwszy kieliszek pije ojciec, a drugi pan młody; inny porządek za złą wróżbę miany... Ale czy przyjdzie kiedy podobna chwila?...” — dodał i westchnął tak głęboko, że mnie łzy puściły się z oczu. Zupełnie jeść mi się odechciało, a przymuszałam się do jedzenia, bom widziała niespokojność kochanej matki i bałam się ją obrazić. O! ten obiad i wszystkie inne prawdziwą dla mnie męczarnią! Już mnie i Macieńka koncepta nie rozśmieszają, bo i jemu się też nie klei. Imć Dobrodziej coraz na niego mruga, żeby co dowcipnego powiedział; on się sili, ale mu się nie udaje.
Wczora i on mnie rozczulił; szpak349 wielki, zatem domyśla się wszystkiego: przyszedł cichuteńko do mego pokoju, kiedy nikogo nie było, klęknął przede mną na obadwa kolana, a z miną na pół bufońską350, na pół smutną, wyjął z zanadrza pęczek uschłych kwiatów i liści białą wstążką związany, złotą iglicą spięty. Zrazu nie wiedziałam, co się to znaczy, aż przypomniałam sobie ów bukiet z wesela Basi; on wymówił tylko te słowa: „Ja czasem bywam prorokiem!” — oddał mi go, a zawsze na klęczkach posuwając się w tył, doszedł do drzwi. Ileż mi rzeczy ten bukiet przypomniał, ile podał myśli! Wstałam, a biegnąc za Macieńkiem, wyjęłam kosztowną śpilkę bryliantową, którą mi dał królewic, i wpięłam ją w kontusz jego. Ani on, ani ja nie wymówiliśmy i słowa, ale podobno każde z nas dumało nad tym, że jeśli dziwną było rzeczą, iż spełniła się płocha wróżba jego, dziwniejszą jeszcze, że lubo spełniona, żadnym oczekiwaniom zadosyć351 nie uczyniła.
To pisanie moje przerwała mi kochana matka! O! jakże dobrocią swoją ubodła mnie w serce; przyszła tu ukradkiem tak obładowana, że ledwie iść mogła: naznosiła mi różnych kosztownych materii, klejnotów, koronek, a złożywszy je na stołkach, z nieśmiałością powiedziała: „Przyniesłam tu cząstkę rzeczy każdej z córek naszych należących się; przyniosłabym i więcej, ale cóż, kiedy to wszystko nie wydaje mi się dosyć pięknym; a nic piękniejszego, Bóg widzi, w całym domu nie mam. Jużem mówiła z Jmć Dobrodziejem; przeda352 wiosek parę, żeby jak pora szczęśliwa przyjdzie i rzecz się wykryje przed światem, i druga córka nasza stosowną do wysokiego zamężcia dostała wyprawę”. Zalana łzami, całować chciałam jej kolana, a ona mi nie pozwoliła i ciągle mnie przepraszała za te nędzne (jak ich zwała) podarki... O! już pojutrze niezawodnie wyjadę, bo i oczu dworzan, i wykrzykników Madame, sióstr i starych sług nad bladością moją, nad tym, żem jeszcze za mąż nie poszła, znieść nie mogę. Były też u mnie i owe trzy dziewczęta, którym przyrzekłam, że je wezmę do siebie, skoro za mąż pójdę; stary Jacenty przyprowadził sam swoję córkę. O! jakże mi te ich odwiedziny przykre były: jakże by się zdziwiły dowiedziawszy się, że mam już męża, a jednak ich nie biorę do siebie, bo ten mąż — królewic.
Dnia 9 stycznia, w środę, w Sulgostowie
Już wróciłam do siostry i nie zastałam listu od królewica; nie wiem, czy nie chory albo czy też król o wszystkim się nie dowiedział i nie kazał strzec go surowo. Wielka mi bieda, że księcia wojewody od połowy grudnia aż dotąd w Warszawie nie ma; on by pewnie do mnie napisał: książę Marcin roztrzepany, szczęśliwie zapomniał. Z pożegnania się z Państwem niecom więcej uradowana niźli z powitania; ale najmilsze chwile spędziłam w Lisowie; chciałam odwiedzić proboszcza w domku jego; zastałam go sadzącego świerki w swoim ogrodzie, pozwolił mi jeden najpiękniejszy na cmentarzu koło kościoła posadzić i uczyniłam to własną ręką: smutną po sobie zostawiam pamiątkę353, ale bo też i ja smutna jestem. Wiele słów pocieszających usłyszałam z ust proboszcza i jakaś mężniejsza i szczęśliwsza z domku jego wyszłam. O! gdyby tylko wiedzieć, że królewic zdrów!
Dnia 15 stycznia, we wtorek
A! Już też zupełnie nową walkę przez te dni wytrzymałam! Czy już żaden rodzaj udręczenia i boleści nie ma mi być obcym? Zupełnie niepodzianie, w chwili kiedyśmy do obiadu siedli, hałas się zrobił w sieniach, usłyszeliśmy trąbkę pocztarską, drzwi się otworzyły i wszedł do sali minister królewski Borch: zgadłam od razu cel jego odwiedzin i zadrżałam jak listek; on zaś ukrył go pozorem chęci oddania swojej atencji354 państwu starostwu, na których ślubie znajdować się miał zaszczyt. Taką grał rolę, póki się obiad nie skończył, pókiśmy nie zostali sami; ale wtedy, zaprosiwszy mnie do gabinetu pana starosty, powiedział zaraz z góry, że i on, i Brühl uwiadomieni o wszystkim, ale się śmieją z tego; że to całe małżeństwo za dziecinną igraszkę uważane być powinno; że ślub taki, bez wiedzy rodziców, nie od miejscowego pasterza dany, nic nie znaczy i z jak największą łatwością zerwany być może. Przyznaję, że w pierwszym momencie, uwierzywszy niejako podobieństwu tych słów, ledwiem nie padła nieżywa; ale nagle przypomniawszy sobie, z czyim wysłańcem mówię, objąwszy tę myśl, że od stałości obecnej los całego życia mego zależy, stawiłam się mężnie, ośmieliłam się obwinić i jego, i Brühla o podstęp, o chęć złudzenia nieświadomej białogłowy. „Ale nie jestem tak dziecinną i nierozsądną, jak świat sądzić może — dodałam w końcu, a on mnie słuchał zdziwiony — wiem, że ślub mój jest ważny, bo był w kościele, za pozwoleniem rodziców moich i biskupa, przez pasterza mojej parafii, przy dwóch świadkach zawarty; wiem, że są rozwody, ale wagi nie mają, póki obie strony aktu nie podpiszą; a mego i królewica na rzecz takową podpisu ani gwałt, ani prośby żadne nie wymogą”.
Dziwię się sama teraz mojej śmiałości, Bóg mnie natchnąć musiał; Borch, który był przekonany, że od razu do podpisania rozwodowego aktu mnie skłoni, zwłaszcza gdy mi znaczny zapis w nagrodę pokaże, zdumiał się i dalszych namów zapomniał; dwa dni tu siedział i co dzień podobne słowa słyszał ode mnie; nareszcie tej przynajmniej żądał obietnicy, że gdyby kiedy królewic na rozwód przystał, ja się sprzeciwiać nie będę. Na to śmiało zezwoliłam i on poprzestał na podobnym oświadczeniu na piśmie. O tom się najwięcej bała, żeby Basi ten przestrach nie zaszkodził; ona tak żywo dzieli wszystkie moje zmartwienia i kłopoty, to prawdziwa druga ja; ale zdaje się, Bogu dzięki, że jej nic nie będzie. Biedny pan starosta, tak już był o nią niespokojny, nad życie ją kocha!... O! smutne! smutne przeznaczenie moje! zamiast pociechy i swobody — trwoga i niepokój zupełnie za mną chodzą!