Potem rzekłem, by coś powiedzieć:
— W oknach ciemno, jak widzę.
— To prawda! — zawołała żywo. — Służącej również nie ma. Jestem sama w domu.
Stoimy zapatrzeni w okna domu, jakbyśmy je widzieli po raz pierwszy.
— Może pójdziemy do pani? — spytałem. — Przez cały czas będę siedział przy drzwiach, jeśli taka pani wola...
Zadrżałem wzburzony własną zuchwałością. A gdyby się pogniewała i odeszła? Nie ujrzałbym jej już zapewne. Wpadło mi do głowy, że moje ubranie wygląda bardzo nędznie. Zrozpaczony czekałem odpowiedzi.
— Nie potrzebuje pan wcale siedzieć przy drzwiach — odparła.
Weszliśmy na górę.
W ciemnym korytarzu wzięła mnie za rękę i prowadziła, mówiąc, że nie muszę milczeć i mogę swobodnie rozmawiać. Weszliśmy do pokoju. Zaświeciła świecę, nie lampę, a czyniąc to, roześmiała się i rzekła:
— Proszę na mnie nie patrzyć! Wstydzę się... Już tego nigdy nie uczynię!