— Czego pani nie uczyni?

— Nie... och... mój Boże... już nigdy pana nie pocałuję.

— Nie? — spytałem i roześmialiśmy się oboje. Wyciągnąłem do niej ręce, ale usunęła się na bok poza stół. Patrzyliśmy chwilę na siebie, światło stało między nami.

Odsłoniła welon i zdjęła kapelusz, a podczas tego śledziła mnie błyszczącymi oczyma, bym jej nie pochwycił; rzuciłem się, ale utknąwszy na dywanie, upadłem. Chora noga nie chciała mnie nosić. Wstałem wielce zakłopotany.

— Ach! — zawołała. — Jaki pan czerwony! Niezdara z pana!

— To prawda.

Zaczęliśmy się na nowo gonić.

— Zdaje mi się, że pan kuleje!

— Tak... troszkę kuleję... to prawda.

— Niedawno skaleczył się pan w palec, teraz pana boli noga. Same przypadki.