— Przed kilku dniami zostałem trochę przejechany.
— Przejechany? Ach, znowu pan był pijany! Jakież pan, na miły Bóg, wiedzie życie, młodzieńcze? — pogroziła mi palcem i przybrała surową minę. — Siadajmyż więc! — powiedziała. — Nie, nie przy drzwiach, jest pan zbyt nieśmiały... tutaj... tak, tutaj pan, a tu ja... Ach, ludzie nieśmiali są strasznie nudni. Trzeba samej wszystko robić i mówić bez żadnej pomocy. Mógłby pan teraz na przykład położyć rękę na oparciu mego krzesła... Ach, czemuż nie domyśli się pan tego sam? Czemuż pan robi wielkie oczy, jakby pan nie dowierzał? Spostrzegłam to już przedtem i teraz znowu. Niech pan nie udaje tak skromnego, bo i tak nie uwierzę. Był pan dość zuchwały, gdy mnie pan ścigał w podchmielonym stanie, czyniąc dowcipne uwagi: „Zgubi pani książkę... na pewno zgubi pani książkę!”... Ha... ha... ha!... Było to bardzo brzydko z pańskiej strony!
Siedziałem na pół przytomny i patrzyłem na nią. Serce biło mi mocno, a gorąca krew tętniła w żyłach. Cóż za uciecha znaleźć się na nowo w ludzkim mieszkaniu, słyszeć tykot zegara i miast58 wieść monologi, rozmawiać z młodą, żywą dziewczyną!
— Czemuż pan milczy?
— Ach, jaka pani słodka! — rzekłem. — Siedzę oczarowany, zupełnie oczarowany w tej chwili. Nie ma na to rady. Jest pani niezwykłą istotą... Czasem oczy pani błyszczą... nie, nie widziałem takich oczu... podobne są kwiatom... cóż mówię, nie kwiatom... ale... Jestem zakochany w pani po uszy... nie ma rady! Jak pani na imię?... Muszę się dowiedzieć pani imienia! Ach, jakże pani ma na imię? Omal nie zapomniałem spytać, chociaż myślałem o tym wczoraj przez cały dzień. Właściwie nie przez cały wczorajszy dzień myślałem o pani... Wie pani... nazwałem panią Ylajali! Jak się to pani podoba? Taki płynny dźwięk...
— Ylajali?
— Tak.
— To w obcym języku?
— Hm... nie...
— Nieźle brzmi.