Po długich układach powiedzieliśmy sobie nasze imiona. Siadła tuż przy mnie na sofie, odsunęła krzesło nogą i zaczęliśmy gwarzyć.
— Ogolił się pan, widzę — powiedziała. — Wygląda pan trochę lepiej niż ostatnim razem, ale... tylko trochę... niech pan nie popada w zarozumiałość... Ostatnim razem strasznie pan wyglądał, a w dodatku na palcu była szkaradna szmatka. I w tym stanie chciał mnie pan prowadzić gdzieś na wino? O, nie, dziękuję!
— Z powodu mego nędznego wyglądu wzbraniała się pani wówczas iść ze mną? — spytałem.
— Nie! — odparła, spuszczając oczy. — Nie, zaręczam, nie myślałam o tym nawet.
— Proszę pani — rzekłem znowu — pani sądzi pewnie, że mogę tak żyć i ubierać się, jakbym chciał. O, nie... jestem bardzo, bardzo biedny.
Spojrzała na mnie.
— Czy tak? — spytała.
— Tak jest.
Pauza.
— Miły Boże! — rzekła, poruszając swobodnie głową — I ja również jestem biedna.