Każde jej słowo oszałamiało mnie, spadało mi w serce kroplą wina, mimo że była niewątpliwie zgoła przeciętną dziewczyną z Christianii, mówiącą żargonem, robiącą trywialne minki i paplającą pospolicie. Zachwycałem się, patrząc, jak przekrzywia główkę na bok, gdy mówi. Czułem jej oddech na twarzy.

— Wie pani... — rzekłem — ale proszę się nie gniewać... leżąc wczoraj w łóżku, podłożyłem niby to pod panią ramię... jakby pani obok mnie leżała... i tak zasnąłem.

— O... było to bardzo piękne... — odparła i dodała po pauzie: — Ale taką rzecz mógł pan uczynić tylko na odległość, w marzeniach...

— Sądzi pani, że nie mógłbym tego zrobić w rzeczywistości?

— Tak sądzę.

— Po mnie może się pani spodziewać wszystkiego! — powiedziałem dumnie i objąłem ją.

— Czy tak? — rzekła.

Gniewało mnie, że uważa mnie za tak bardzo cnotliwego, wyprostowałem się tedy i chwyciłem ją za rękę. Ale wysunęła dłoń i oddaliła się nieco, ja zaś spojrzałem zakłopotany w okno. Nie, nie było się czego spodziewać. Co innego dawniej, gdym wyglądał po ludzku i miałem trochę dostatków, wówczas inaczej by sprawy poszły... Uczułem wielkie przygnębienie.

— No, widzi pan! — powiedziała. — Jedno zmarszczenie brwi wystarcza, by pana przerazić. Odsuwając się trochę, ma się już pana w garści... — zaśmiała się szelmowsko i zamknęła oczy, jakby nie mogła znieść mego spojrzenia.

— O nie... u licha! — wybuchnąłem. — Zobaczy pani! — Ogarnąłem ją silnie ramionami. Czyż była pozbawiona zmysłów? Czyż brała mnie za zgoła niedoświadczonego? Nie zniósłbym opinii, że pod tym względem stoję niżej od innych. Szelma dziewczyna! Jeśli idzie o to... natenczas...