Zapomniałem uśmiechu i nie zdjąłem nawet kapelusza, zdumiony, że z tej strony nadchodzi.

— Długo pan czekał? — spytała, dysząc ciężko od szybkiego biegu.

— Nie... nie, dopiero co przyszedłem! — odparłem. — Zresztą nic by mi nie szkodziło czekać długo. Sądziłem, że pani nadejdzie z innej strony.

— Odprowadziłam mamę do znajomych. Mamy dziś nie ma w domu.

— Ach tak? — powiedziałem.

Ruszyliśmy naprzód. Na rogu ulicy stał policjant i patrzył na nas.

— Dokądże pójdziemy? — spytała, zatrzymując się.

— Dokąd pani chce...

— Och, jakże nudno rozstrzygać samej.

Pauza.