W chwilę potem, a może nawet długo potem — zrobiło się już cicho wokoło — znalazłem się w Tomtestraede pod domem numer 11, gdzie oszukałem dorożkarza i gdzie niepotrzebnie przeszedłem całą kamienicę. Postawszy chwilę, nadziwiwszy się wszystkiemu, wszedłem po raz drugi w bramę z szyldem: „Pokoje z utrzymaniem dla przyjezdnych”, poprosiłem o pokój i znalazłem się zaraz w łóżku.

*

Wtorek.

Pogoda, słońce, cisza w powietrzu. Przedziwnie jasny dzień. Śnieg znikł, wszędzie zaś rozbrzmiało życie, radość, przesuwały się wesołe twarze, widniały uśmiechy i słychać było chichot. Fontanna rzucała w górę snop wody — lśniące złoto na błękicie nieba.

Około południa wyszedłem z mieszkania przy Tomtestraede, gdziem przebywał, żyjąc dostatnio z dziesięciu koron „Komandora”, i udałem się na miasto. Byłem wesoły, przez całe popołudnie włóczyłem się po najludniejszych ulicach i obserwowałem ludzi. Jeszcze przed siódmą zaszedłem na plac św. Olafa i spojrzałem chyłkiem ku oknom domu pod numerem 2. Miałem ją za godzinę ujrzeć. Co się stanie? Co uczynię, gdy zejdzie ze schodów? Dobry wieczór pani... czy tylko uśmiech? Umyśliłem poprzestać na uśmiechu. Oczywiście, skłonię się nisko.

Odszedłem zawstydzony trochę, żem przybył tak wcześnie, i łaziłem wolno po ulicy Karola Jana nie spuszczając z oczu uniwersyteckiego zegara. W drodze przyszło mi na myśl, że mogę się spóźnić kilka minut, przeto pospieszyłem ile sił. Noga bolała mnie bardzo, zresztą nie brakowało mi nic.

Stanąłem u fontanny, by wypocząć. Czekałem dość długo, patrząc w okna domu, ale nie nadchodziła. Byłem cierpliwy, nie spieszyłem się nigdzie. Może jej coś przeszkodziło. Czekałem dalej, dumając, że wszystko było jak sen, a pierwsze spotkanie wydało mi się złudą gorączki, która mnie ogarnęła pamiętnej nocy. Roztrząsałem wszystko bezradnie, niepewny zgoła swej sprawy.

— Hm... — chrząknął ktoś za mną.

Słyszałem to dobrze jak również lekkie kroki tuż obok, ale nie odwracałem głowy zapatrzony na schody.

— Dobry wieczór! — powiedział ktoś.