Wyjąkałem coś na usprawiedliwienie i nie wziąłem od razu...
— To wstyd... — powiedziałem — ...to za dużo...
— Prędzej, prędzej! — zawołał, spoglądając na zegarek. — Czekałem na pociąg, a oto słyszę, że już nadchodzi.
Osłupiały z radości, wziąłem banknot, nie rzekłem słowa, nie podziękowałem nawet.
— Niech się pan nie krępuje! — dodał jeszcze „Komandor”. — Wszakże może pan to jeszcze odrobić... wiem... wiem...
Poszedł.
Gdy się oddalił kilka kroków, przyszło mi na myśl, żem mu nawet nie podziękował za pomoc. Chciałem go dogonić, ale nogi mi nie służyły i idąc szybko, ledwo nie upadłem. On tymczasem oddalał się coraz bardziej. Dałem za wygraną i postanowiłem zawołać. Ale brakło mi odwagi i gdym się wreszcie zdobył na parę okrzyków, był za daleko, a głos mój nie brzmiał donośnie.
Stałem, patrzyłem za nim i płakałem z cicha.
— Nie doznałem tego nigdy jeszcze! — powiedziałem sobie. — Dał mi dziesięć koron!
Wróciłem na miejsce i zacząłem naśladować ruchy „Komandora”. Potem obejrzałem banknot z bliska przez łzy na wszystkie strony i podniósłszy oczy w niebo, zacząłem kląć i przysięgać, że naprawdę posiadam dziesięć koron... że je trzymam w ręku.