Uniesiony bezczelnością podszedłem nawet doń o krok, by zwrócić uwagę. Nie w celu pobudzenia litości, ale dla wystawienia się pod pręgierz, dla wzgardy własnej. Rad bym był rzucić się na bruk i prosić „Komandora”, by mnie zdeptał. Nie pozdrowiłem go nawet.

„Komandor” zmiarkował, że źle ze mną, zwolnił kroku, wreszcie gdy był blisko, zatrzymałem go słowami:

— Byłbym panu coś przyniósł, ale dotąd nie skończyłem.

— Tak? — spytał. — Nie skończył pan?

— Nie... nie mogłem dotąd...

Uprzejmość „Komandora” wywołała mi łzy w oczach, krzyknąłem i kaszlnąłem z goryczą, by sobie dodać siły. „Komandor” dmuchnął przez nos i spojrzał bystro.

— Czy ma pan tymczasem z czego żyć? — spytał.

— Nie! — odparłem. — Nie mam, nic jeszcze dziś nie miałem w ustach... ale...

— Na miły Bóg! — zawołał. — Jakże pan może włóczyć się tak o głodzie? — To powiedziawszy, sięgnął zaraz do kieszeni.

Zbudził się wstyd, wróciłem przeto pod ścianę i stamtąd patrzyłem na gmerającego w portfelu „Komandora”. Milczałem, on zaś podał mi banknot dziesięciokoronowy. Bez żadnych ceregieli dał mi po prostu dziesięć koron i obojętnie powtórzył, że nie sposób włóczyć się o głodzie.