Ale już zapomniałem o „Zakonnicy” i spytałem marynarza, jak daleko może być do Holmestrandu, licząc w dobrych, starych milach geograficznych56.

— Do Holmestrandu?... Ano, przypuszczam...

— Albo do Veblungsnaes?...

— Zaraz, zaraz... do Holmestrandu...

— Ach... za pozwoleniem... — powiedziałem — czy nie mógłbym dostać od pana kęska tytoniu... mały bodaj kawałeczek?...

Dostałem prymkę57, podziękowałem bardzo serdecznie i odszedłem. Ale nie biorąc skrętka do ust, wsadziłem tytoń do kieszeni. Marynarz śledził mnie spojrzeniem, musiałem obudzić w nim podejrzenie. Czułem to, więc nie chcąc, by mnie ścigał, wróciłem, przystąpiłem doń i rzekłem:

— Iglarz.

Powiedziałem tylko to jedno słowo. Wpatrzyłem się weń ostro, czułem ostrość własnego spojrzenia. Spoglądałem nań jakby z innego świata. Stałem przed nim chwilę, potem wróciłem na plac Kolejowy. Kulas nie rzekł nic, nie spuszczał mnie tylko z oczu.

Iglarz? Zatrzymałem się nagle. Wszakże od razu doznałem wrażenia, żem tego kalekę widział już kiedyś. Ach prawda, tam w Graensenstraede, gdziem zastawił kamizelkę. Zda się, wieczność minęła od tego czasu.

Dumałem przez dobrą chwilę, trzymając się ściany domu narożnego przy placu Targowym. Nagle drgnąłem i zrobiłem ruch odejścia, potem nagle czując, że za późno, podniosłem zuchwale oczy i odrzuciłem wszelką wstydliwość. Nie było rady... stanąłem twarzą w twarz z „Komandorem”.