Obliczałem, ile by kosztować mogło przeniesienie tu Instytutu Geograficznego, ślicznego gmachu, który podziwiałem, ilem razy go mijał. Transport tego rodzaju wymagałby siedemdziesięciu do siedemdziesięciu dwu tysięcy koron. Ładna to sumka, ładne kieszonkowe na początek... he... he!... Kiwnąłem głową, potwierdzając własne słowa. Drżałem jeszcze na całym ciele i spazm mnie porywał po płaczu.
Wydało mi się, że już nie żyję, gwizdałem na własny grób, wszystko mi zobojętniało i nie obchodziło mnie wcale. Szedłem w przeciwną wprost stronę miasta, do portu, oddalając się coraz bardziej od mieszkania. Wszakże mogłem równie dobrze skończyć, ległszy na chodniku. Cierpienie otępiało mnie coraz bardziej, w zranionej nodze tętniło, czułem nawet, że ból rozchodzi się po całym ciele, ale i to czyniło na mnie niewielkie wrażenie. Przeżyłem już gorsze rzeczy.
Dotarłem do podjazdu kolejowego. Nie było tu ruchu ani rozgwaru, wałęsał się jeno jakiś robotnik portowy czy żeglarz, wsadziwszy ręce w kieszenie. Spostrzegłem również kulawego mężczyznę, który przeszył mnie przenikliwym spojrzeniem, gdym go mijał. Bezwiednie skłoniłem się i spytałem, czy „Zakonnica” odpłynęła. Potem zaś mimo woli strzeliłem przed jego twarzą palcami i powiedziałem:
— Aj, do licha... „Zakonnica”... prawda... całkiem zapomniałem o niej!
Myśl ta tkwiła we mnie podświadomie, nosiłem się z nią, nie wiedząc nic o tym.
— Tak... tak... „Zakonnica” odpłynęła.
— Czy pan nie wie, dokąd?
Mężczyzna podumał, stojąc na dłuższej nodze, krótszą, kiwającą się trochę, trzymał w powietrzu.
— Nie! — odparł. — Czy pan wie, jaki wzięła stąd towar?
— Nie wiem... — odparłem.