Wróciłem na górę, a serce mi biło gwałtownie.

Wśliznąłem się, jak można najgłębiej, w jakiś zaułek i stanąłem na tylnym podwórzu, pod zapadłymi drzwiami. Nigdzie światła, cudnie, mroczno wokół. Zacząłem obgryzać kość.

Nie miała żadnego smaku, jeno odór skrzepłej krwi, tak żem od razu dostał wymiotów. Zacząłem na nowo, marząc o tym, by zatrzymać jadło w żołądku celem uspokojenia go. Znowu przyszły wymioty. Rozgniewany szarpnąłem kawałek mięsa i połknąłem go przemocą. Na nic! Ledwo się zagrzał, wracał na wierzch. Zaciskałem szaleńczo pięści bliski płaczu, rozpaczy i szarpałem dalej. Łzy oblały wreszcie kość i zbrudziły ją. Wymiotowałem, kląłem, gryzłem, czułem, że mi serce pęka, i wymiotowałem ponownie. Głośno miotałem złorzeczenia na moce niebieskie, pragnąc, by je pochłonęło piekło.

Cisza. Nikogo wokół, ni światła, ni zgiełku.

Okropnie wzburzony dyszałem ciężko i zgrzytałem zębami, ile razy przyszło mi zrzucać kęs, mogący mnie nasycić. Gdy wyczerpałem ostatek sił, cisnąłem kość o drzwi z bezsilną nienawiścią, zacząłem krzyczeć w niebo, wzywać imienia bożego ze złością, chrypliwie, a palce me kurczyły się jak szpony...

— Powiadam ci, święty Baalu54 niebiosów, nie ma cię wcale! A gdybyś nawet istniał, przekleństwo moje strąciłoby cię w bezdeń piekła! Chciałem ci służyć, a tyś mnie odepchnął, wzgardziłeś mną, toteż odwracam się do ciebie plecami raz na zawsze, albowiem nie znasz godziny łaski. Wiem, że przyjdzie mi skonać, ale mimo to drwię z ciebie w godzinie śmierci, ty zaziemski Apisie55! Użyłeś przemocy, wiedz atoli, że nie ugnę się przed nieszczęściem! Czyś tego nie wiedział? Czyżeś przez sen kształtował moje serce?

Mówię ci, całą resztką życia i ostatnią kroplą krwi raduję się, że ci urągam i plwam na twoją łaskę! Od tej godziny rezygnuję z wszystkich twoich dzieł i z ciebie samego, przeklinam myśl moją, gdyby się miała kiedy zwrócić do ciebie, wyrwę własne usta, gdyby miały wypowiedzieć imię twoje! Jeśliś jest, ostatnie to moje słowo w życiu czy śmierci zwrócone do ciebie!... Żegnam cię! Teraz milcz, odwracam się i idę w swoją stronę...

Cisza.

Drżałem ze wzburzenia, wyczerpania, stałem przez chwilę jeszcze, szepcąc klątwy i wyzwiska, łkając z cicha, osłabiony strasznie po wybuchu. Ach, wszystko, com tu wygłosił ogarniony nędzą, była to jeno literatura, retoryka książkowa, po prostu głupia paplanina!

Stałem może z pół godziny, szlochając, szepcąc i trzymając się drzwi. Potem usłyszałem głosy — rozmowę dwu ludzi idących zaułkiem. Chwiejnie powlokłem się wzdłuż murów i wyszedłem na jasną ulicę. Zstępując ze wzgórza Younga, uczułem dziwny zawrót w mózgu. Przyszło mi na myśl, że nędzne baraki po drugiej stronie placu Targowego, kramy i stare budy ze znoszoną odzieżą stanowią największe zeszkaradzenie tej części miasta i że trzeba usunąć to paskudztwo.